Dzisiaj:
Wtorek, 27 października 2020 roku
Frumencjusza, Iwony, Sabiny, Siestrzemiła, Wincentego

Gene Vincent- skóra, power, rock and roll

16 października 2011 | Brak komentarzy

12 października 1971 roku zmarł na atak serca Gene Vincent. Był jednym z pierwszych prawdziwych rockandrollowców. Dziś powracam do tej postaci.

Przypomina mi się „obrazek” sprzed trzydziestu lat. Oto zimowy wieczór w pewnej górskiej miejscowości. Młodzi ludzie na niezłym rauszu opuszczają restaurację, jeden z gości całkiem sprawnie tańczy na ulicy i do tego zupełnie nieźle śpiewa „Be-Bop-A-Lula She’s My Baby”. Prawdziwy wykonawca tego oldschoolowego hitu nie żył już wówczas od dziesięciu lat, a ten jego słynny evergreen liczył sobie wtedy ćwierć wieku.

Właściwie nazywał się Vincent Eugene Craddock i urodził się w portowym mieście Norfolk. Kiedy skończył 15 lat rozstał się ze szkołą. Najpierw został palaczem w kotłowni na statku handlowym, a potem wstąpił do amerykańskiej marynarki wojennej. Uczestniczył w wojnie w Korei. Wojna uczyniła z niego kalekę. Odniósł ciężkie obrażenia nogi. Nie ma zgody, co do okoliczności tego wypadku. Sam Vincent utrzymywał, że nadepnął na minę, inni twierdzili, że jego kalectwo było wynikiem kraksy motocyklowej. Nie wyraziwszy zgody na amputację kończyny, zdecydował się na wstawienie stalowej szyny, która wywoływała w nodze ciągłe stany zapalne. Podczas pobytu w szpitalu w Norfolk, Gene podjął decyzję o związaniu się z show-biznesem. Uważał, że tylko estrada i płyty pozwolą mu skutecznie uporać się z kalectwem.

Na początku 1956 roku śpiewał na żywo w programie radiowym „Country Showtime”. Dwie z piosenek – „Woman Love” oraz późniejszy standard „Be-Bop-A-Lula”, napisane wspólnie z didżejem Sheriffem Texem Davisem, nagrane zostały na taśmie demonstracyjnej i trafiły do wytwórni Capitol. Szefowie wytwórni nie od razu poznali się na tych kawałkach. Postanowili jednak zorganizować konkurs dla młodych talentów, który miał wyłonić konkurenta Elvisa Presleya. Konkurs wygrał 21-letni wówczas Eugene Vincent Craddock. W efekcie wziął udział w sesji nagraniowej w Nashville. Towarzyszył mu wówczas nowocześnie, wręcz pioniersko i jednocześnie bardzo głośno brzmiący „elektryczny” zespół The Blue Caps.

Pierwszą stronę singla stanowiła piosenka Woman Love, która, ze względu na odważny i sugestywny tekst, nie mogła być prezentowana w wielu stacjach radiowych. Singel został jednak uratowany przez jego drugą stronę. Piosenka Be-Bop-A-Lula dotarła na czołowe pozycje list bestsellerów, uzyskując miano „Złotej Płyty”. Ten ponadczasowy hit utorował w latach 1956-58 drogę innym, żywiołowym szlagierom, takim jak: „Little Lover”, „Race With The Debil”, „She She Little Sheila”, „Blue Jean Bop”, „Yes, I Love You Baby”, czy przypomnianemu niedawno w Wieży Hitów – Lotta Lovin. W tym też czasie Gene, jako uznana gwiazda, wziął udział w programach telewizyjnych, takich jak „Ed Sullivan Show” czy „American Bandstand”. Wystąpił również w filmach: „The Girl Can’t Help It” (1956), „Hot Rod Gang” (1958) oraz bodaj najbardziej znanym, wyreżyserowanym przez Richarda Lestera, „Zabawa na sto dwa” (1961).

W kwietniu 1960 roku, w trakcie brytyjskich koncertów z serdecznym kumplem Eddiem Cochranem („Summertime Blues”, „C’mon Everybody”, „Three Steps To Heaven”), uległ wypadkowi samochodowemu. Doznał ciężkich ran głowy oraz złamania obojczyka. Cochran, nie odzyskawszy przytomności, zmarł po kilku godzinach. Stanowiło to ogromny wstrząs dla Vincenta, w wyniku którego na kilka lat wycofał się z estradowego życia.

Kiedy w połowie lat sześćdziesiątych powrócił do Stanów, wielokrotnie spotykał się ze wschodzącą gwiazdą kalifornijskiego rocka – Jimem Morrisonem. Frontman Doorsów właśnie od Vincenta wziął swój estradowy image, czyli czarne skórzane ciuchy. Zresztą, łączył ich nie tylko estradowy wizerunek i miłość do rock and rolla. Obaj mieli te same słabości, z których upodobanie do trunków stało na czele. To głównie alkohol stał się przyczyną ich śmierci. Zmordowane serce Vincenta ostatecznie odmówiło posłuszeństwa trzy miesiące po śmierci – młodszego o 8 lat – Morrisona. Obaj żyli szybko, intensywnie i odeszli młodo. Trzeba jednak przyznać, że kult powstały w czasach sławy i chwały Vincenta trwa do tej pory. Choć nie ma on takich rozmiarów, jak w przypadku Morrisona, to jednak echa stylu Vincenta można usłyszeć w muzyce wielu grup rockabilly, takich jak choćby nowojorskie trio Stray Cats.

I jeszcze jedno, jakiś czas temu tygodnik „Rollingstone” uznał Vincenta i jego kapelę Blue Caps za pierwszy rock and rollowy zespół w świecie.

Krzysztof Borowiec

 


Skomentuj (komentując akceptujesz regulamin)