Dzisiaj:
Niedziela, 15 grudnia 2019 roku
Celina, Fortunata, Ignacy, Iga, Ignacja, Żegota, Krystiana, Nina, Walerian, Waleriana, Wolimir

WAŻNIEJSZE PRZEŻYCIA OD MŁODOŚCI DO STAROŚCI

2 maja 2019 | komentarze 2

Alicja (Świerzb) Morawiec przekazała e – Kurierowi Dąbrowskiemu do publikacji niezwykle ciekawe i poruszające wspomnienia z życia spisane ręką swego ojca, Stanisława Świerzba, patrioty z dąbrowskiej rodziny Świerzbów (starszego brata stulatki Heleny Świerzb- Babuli) i świadka historii.

Ważniejsze przeżycia od młodości do starości” spisane przez Stanisława Świerzba w 1990 roku. Przepisane na maszynie przez córkę Stanisława Świerzba, Alicję (Świerzb) Morawiec USA 2016 r.


Urodziłem się 18 -go stycznia, 1910 roku w Dąbrowie Tarnowskiej, województwo Kraków, Polska, w katolickiej rodzinie Józefa i Karoliny z Niedbałów. Do roku 1930 pozostawałem przy rodzicach ucząc się i pomagając rodzicom w pracy, gdyż posiadaliśmy gospodarstwo rolne a ojciec pracował na państwowej posadzie w starostwie. Ojciec, jako legionista podczas Pierwszej Wojny Światowej walczył po stronie Austriacko-Włoskiej przeciw Rosji. Dostał się do niewoli i został wywieziony w głąb Rosji. Po zakończeniu niewoli w 1914 roku wrócił do domu. Przez te kilka lat jego pobytu w niewoli wychowywała nas mama, a było nas czworo: Kazimierz, ja – Stanisław, Tadeusz, Julian a później urodziła się najmłodsza Helena. Ja, Stanisław po ukończeniu szkoły i ośmioklasowego gimnazjum w Dąbrowie Tarnowskiej, a którą również ukończyli bracia i siostra, wstąpiliśmy do wojska jako ochotnicy. Po ukończeniu podchorążówki Kazimierz, jako porucznik dostał przydział do 35-go pułku piechoty w Brześciu na Bugiem. Tadeusz, jako p. porucznik rezerwy wrócił do domu i założył organizacje wszystkich rezerwistów w powiecie Dąbrowa Tarnowska. Julian p. porucznik dostał przydział do 16-go pułku piechoty w Tarnowie. Siostra Helena pozostała w domu otrzymując prace w powiecie. Ja Stanisław, jako p. porucznik dostałem przydział do 53- go pułku piechoty w Stryju i jako zawodowy do roku 1939 tam pozostałem. To była 11-ta dywizja w Stanisławowie, a dowództwo Okręgu Korpusu Lwów, czyli DOK Nr.6.

W czasie najazdu hitlerowskich Niemiec na Polskę brałem udział w wojnie na froncie południowej Polski w Armii Karpackiej walcząc pod Pszczyna na granicy niemieckiej, a po przełamaniu naszego frontu, przez zmasowane siły niemieckie wycofując się z kompania aż za rzekę San do miasta Przemyśla. W Czasie wycofywania się walcząc i powstrzymując posuwanie się nieprzyjaciela w czasie odwrotu zdobyliśmy cztery ciągniki pancerne z 25 -ma Niemcami, którzy wdarli się w głąb naszych pozycji. Z tymi Niemcami wycofywaliśmy się aż pod Lwów wystawiając ich, jako cel dla lotnictwa niemieckiego. Przy rozpoznaniu przez samoloty niemieckie, że to są ich oddziały, nie bombardowali. Tak my to wykorzystali. W Przemyślu broniliśmy się przez 10 dni, ale zostaliśmy okrążeni, jednak nocą przedarliśmy się aż pod Lwów, ale po paru dniach walki dowódca armii Generał Sosnkowski wydał rozkaz, aby każdy na własna rękę się ratował, jak kto może, gdyż dalsza walka jest beznadziejna, wojska rosyjskie zbliżają się pod Lwów a do dział, jakie jeszcze posiadaliśmy, zabrakło pocisków. Tak resztkami zaczęliśmy się ostrzeliwać i przedzierać nocą do Lwowa. Część żołnierzy się przedostała, ale gdy się Niemcy zorientowali  zamknęli ostanie przejście i tak wpadłem do niewoli wraz z ponad tysiącem żołnierzy i dowódcami.

W tym czasie wojska rosyjskie się zbliżały wiec Niemcy odstąpili od Lwowa i zaczęli się wycofywać za rzekę San, a nas poprowadzili pod eskorta do obozu w miejscowości Przeworsk. Ja korzystając z zamieszania przy wymarszu z tego obozu w dalszą podróż ukryłem się pomiędzy domami i przy pomocy ludzi, którzy dostarczyli mi cywilne ubrania, w nocy przez lasy i przy pomocy kompasu, jaki pozostał mi w kieszeni, dostałem się do Lwowa i wycofywałem się za rzekę San, a następnie do miejscowości “ Skole” na południu od Lwowa z myślą przedostania się za granice do Rumunii przez Zaleszczyki. Mając znajomego kolegę w tej miejscowości nazwiskiem Michał Mazurkiewicz, do którego często przyjeżdżałem ze Stryjem gdyż on miał szwagra, który był leśniczym na państwowej posadzie, zatrzymałem się dwa dni u niego. W tym czasie żołnierze rosyjscy zaczęli zabierać osoby, które pracowały na państwowych posadach wiec musiałem opuścić ich dom i udać się w dalsza drogę do granicy. Doszedłem do miejscowości Nadworna a stamtąd do Stanisławowa i Kołomyi idąc przeważnie polnymi drogami i lasami, gdyż znalem te wszystkie miejsca i miejscowości, ponieważ w każdym roku odbywałem tu ćwiczenia wojskowe. Jednak wedle własnej obserwacji i wiadomości od ludzi, że do Rumunii przez Zaleszczyki jest już niemożliwie się dostać, ponieważ granica na całej długości jest obsadzona przez Rosjan, wiec słuchając rady ludzi zaufanych wróciłem do Lwowa pociągiem, bo już częściowo je uruchomili. Będąc we Lwowie zaszedłem do znajomej rodziny wojskowej do Stanisława Panek na ulicy Łyczakowskiej. Na widok mojego się zjawienia trochę jak gdyby odżyli gdyż byli bardzo przygnębieni i częściowo spakowani, gdyż milicja i rosyjscy żołnierze chodzili do wskazanych im domów zabierając  znaczących i pracujących na wysokich stanowiskach ludzi. Wspólnie uradziliśmy przedostać się na stronę niemieckich wojsk na północ od Lwowa pomiędzy rzeka Sanem a Bugiem. Zabierając to, co się dało zabrać do plecaka i do rąk, a resztę rzeczy rozprzedali a dobrze mówiąc rozdali sąsiadom. Taksówka razem z jego żoną i 3-letnim dzieckiem podjechaliśmy pod granice.

Będąc już tam pomiędzy domami od ludzi dowiedzieliśmy się, że są tacy, którzy maja znajomości z Ruskami i za wynagrodzeniem przeprowadzają przez granice. Zostaliśmy skontaktowani i za opłatą, jaką sobie życzyli na przekupienie strażników nocą przez las nas przeprowadzili. Mieliśmy broń przy sobie dla pewności zagrożenia z jednej czy z drugiej strony. Najwięcej obawialiśmy się , że dziecko może zapłakać, ale przeszliśmy szczęśliwie. Po kilku kilometrach forsownego marszu, ugrzany, bo miałem plecak a na ręku dziecko, bo jej mąż był starszy i słabszy, a i tak się zasapał, po chwili odpoczynku doszliśmy do niemieckiej placówki, jako uciekinierzy przed wojną i wojskami. Tam już zastaliśmy więcej takich jak my uciekinierów. Po przebadaniu nas otrzymaliśmy przepustkę na powrót do swoich miejscowości. Po kilku kilometrach doszliśmy do mostu na rzece Bug, przy którym jeszcze raz nas przebadali, ale na podstawie tych przepustek nas przepuścili. Po przejściu mostu udaliśmy się na stacje kolejowa w Jarosławiu i koleją zajechaliśmy do Tarnowa, a stamtąd do Dąbrowy Tarnowskiej do swoich rodzin. Po jednym dniu wypoczynku dowiedzieliśmy się, że w zakładach nawozów sztucznych w Mościcach koło Tarnowa przebywa około dwóch tysięcy jeńców wojennych czekających na wywiezienie do Niemiec. Natychmiast pojechaliśmy tam i wyciągnęliśmy kilkunastych wojskowych z tego obozu dostarczając im cywilnych ubrań do przebrania się. Potem zaopiekowaliśmy się nimi, za co nam serdecznie dziękowali, bo mogli się już spokojnie udać się do swoich rodzin. Po paru tygodniach obserwacji i nawiązaniu kontaktów z moimi kolegami ze szkoły dowiedziałem się o tragediach swoich znajomych jak również i moich braci. A to, Julian porucznik rezerwy z mobilizowany w 16 pułku piechoty w Tarnowie wycofując się z pierwszej linii nieprzyjaciela przedostali się na Węgry, a następnie do Francji (ta wiadomość o Francji się nie sprawdziła, gdyż Julian dostał się do niewoli i był w obozie niemieckim na Węgrzech), zaś brat Tadeusz p. porucznik rezerwy będąc na posadzie na Zaolziu, nie zdążył na mobilizacje i wrócił do domu. Największa przykrość mi zrobiła wiadomość ze najstarszy nasz brat Kazimierz już w stopniu Kapitana 35-go pułku piechoty w Brześciu nad Bugiem walcząc koło Poznania, a następnie w obronie Warszawy został ranny i zmarł w szpitalu, został pochowany wraz z innymi żołnierzami, którzy zginęli w miejscowości Świecie na Pomorzu. Wiem, że ludność tamtego regionu wystawiła im pomnik z tablicą, nazwiskami i stopniami poległych.

Po otrząśnięciu się z tych wrażeń i przejść, na rozkaz od władz podziemnych do stworzenia ram i struktur podziemnych oraz zbierania i magazynowania wszelkiej broni, amunicji itd. porzuconej przez polskich żołnierzy wyjechaliśmy z bratem Tadeuszem w teren powiatu zakładając po gromadach tak zwane “Trójki”,  Z najpierwszej Trójki tych trzech ludzi miało za zadanie w konspiracji wykonać listy osób najbardziej zaufanych i posiadających ukrytą bron. W późniejszym okresie z tej organizacji Trójek powstała “ Armia Krajowa “. Po uderzeniu Niemców na Rosje i w czasie organizowania tej organizacji zapoznaliśmy się z nowymi kolegami jak np. dwóch braci zawodowych oficerów nazwiskiem “Kabat” mieszkających za rzeką Dunajec w gromadzie Wierzchosławice, zawodowego oficera nazwiskiem Jabłoński mieszkającego w Szczucinie, Krzysztofa Sroczyńskiego właściciela majątku ziemskiego w Bolesławiu, który był synem majora Sroczyńskiego i kuzynem Generała Kukiela. Krzysztof Sroczyński to był bardzo pracowity i oddany sprawie konspiracji człowiek. Utrzymywanie łączności miedzy nami utrzymywało się za pomocą szyfrów i pseudonimów. Z chwilą wybuchu wojny Niemców z Rosja zostały nasze oddziały powiększone i każdy został zaprzysiężony do “Armii Krajowej”, ale w dalszym ciągu była to konspiracja. Odbywały się szkolenia młodych ludzi w sztuce wojennej i zadaniach do wykonania na wypadek mobilizacji. Ja z bratem Tadeuszem otrzymaliśmy zadanie, jako kwatermistrze i zaopatrzeniowcy oddziałów. Należało zrobić spis majątków ziemskich w całym powiecie i stanu ich gospodarki i na ile można liczyć na ich zasoby rolnicze i hodowlane. Z chwilą, gdy na froncie Niemcy zaczęli słabnąc a zachodnie siły zaczęły się zbliżać do Europy, niektórym ludziom zaczęło uderzać do głowy i zaczęli się raczyć na wesoło, a wódki w tym czasie nie brakowało, bo za wszystkie dostawy żywności przez rolników Niemcy płacili alkoholem. Właśnie po jednej takiej biesiadzie kierownik mleczarni będąc w Tarnowie po przydział tej wódki popił sobie i idąc ulicą ubliżał Niemcom, że wnet będą wisieć i śpiewał różne piosenki. To zainteresowało Niemców, którzy go zamknęli, a po podaniu mu sroby wyśpiewał im, że jest podoficerem rezerwy, a komendantem jest mój brat Tadeusz. Gestapo zaraz się zainteresowało tą wiadomością i natychmiast przyjechali do Dąbrowy Tarnowskiej na lepszy wywiad.

Wiedzieli wszystko dokładnie gdzie pracuje i wysłali po niego swojego człowieka. Brat rozpoznał ich auto, zaczął uciekać, ale został postrzelony w nogę i upadł. Zabrali go i wywieźli do Gestapo w Tarnowie. Tam w więzieniu go leczyli. Równocześnie wpadli do domu mojego ojca robiąc rewizje rozbijając wszystko, co im po rękę wpadło lub zawadzało pytając o mnie i o siostrę, ale ja i siostra mieliśmy już zakonspirowane kwatery, że nawet rodzice nie wiedzieli gdzie jesteśmy. Po tym zajściu nastąpił popłoch w całym mieście i powiecie. Każdy, kto się z nami kontaktował musiał zmienić miejsce zamieszkania i pseudonim. Zmieniono również szyfr do porozumiewania się itd…. Skład broni, który był w budynku „Sokół” gdzie pracował mój brat trzeba było nocą na kilku furmankach wywieźć w inne miejsce i to pod ubezpieczeniową strażą.

Po wyleczeniu brata z ran, po postrzeleniu, zaczęły się przesłuchiwania, na których był katowany na wisząco. Nigdy nie wrócił do domu gdyż go wywieźli z Tarnowa i nigdy nie dowiedzieliśmy się gdzie. Gestapo jeszcze raz zajechało do Dąbrowy Tarnowskiej robiąc obławę i aresztując kilka osób, ale nie z organizacji, których później wywieźli. Sto innych również zostało wywiezionych, gdy już Niemcy poczęli w popłochu wywozić na zachód wszystkich aresztowanych; przeważnie politycznych, bo się zbliżał na polskie ziemie front wschodni. W tym czasie Polacy przygotowywali się do pospolitego powstania, ale powstanie tylko wybuchło w stolicy Polski w Warszawie. Reszta kraju czekała na wyniki walk w Warszawie i zachowanie Rosjan. Jednak Rosjanie nie dość, że nie pomogli walczącej Warszawie to zatrzymując się przed stolica, pomagali Niemcom zgnieść postanie, które padło po dwóch miesiącach. Niemcy zburzyli cale miasto zostawiając same gruzy i wywieźli na zachód cały kwiat młodzieży i ludzi najbardziej Polsce oddanych, z których parę tysięcy zginęło.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich i zajęciu przez nich całej Polski i aresztowaniu przywódców, wyszedł rozkaz o rozwiązaniu szeregów Armii Krajowej gdyż nie było sensu dalszego oporu. Zachowanie Rosjan nie różniło się niczym od zachowania Niemców. Nastąpiły aresztowania a więźniów, którzy zapełnili więzienia wywozili do Rosji oraz wydawali rozkazy rozstrzeliwania. Z samej Dąbrowy Tarnowskiej wywieźli na początku około 100 akowców, którzy więcej nie wrócili. W tym samym czasie miałem zamiar uciekać za granice jednak mój zamiar został pokrzyżowany. Dostałem rozkaz wstąpić do milicji, do której potrzebowali powiatowego komendanta. Dowództwo AK wytłumaczyło mi, że aresztują akowców i że ja mogę pomóc w ich uwolnieniu wiec się poświeciłem. Więzienie w Dąbrowie Tarnowskiej było przepełnione. Było tam ponad 200 więźniów i to przeważnie członków z AK. Miedzy innymi byli tam porucznik Stanisław Węgiel -dowódca placówki “Danuta”, Krzysztof Sroczyński kuzyn Generała Kukiela, więc wstąpiłem i przyjąłem to stanowisko. Były dwie próby uwolnienia tych więźniów, ale się nie udały gdyż na zewnątrz budynku było czterech wartowników: dwóch z UB i dwóch z milicji, a brak haseł do porozumienia się z nimi mógł wywołać alarm w środku budynku gdzie była wartownia i dwunastu z UB.

Nadszedł dzień, czas zakończenia Drugiej Wojny Światowej. Miasto i UB urządziło sobie zabawę w “ Sokole”, a moi ludzie z tych, co byli w bezpiece oznajmili swojemu szefowi, że nad rzeką Wisłą organizują się bandy partyzanckie. Wtedy główny szef zabrał wszystkich ludzi, jakimi dysponował i na kilku furmankach wyjechali nad Wisłę, a w pobliżu miasta ukryło się 50-ciu partyzantów AK. Kiedy się upewniłem, że UB już wyjechało pod osłona nocy poszedłem do partyzantów i rozmawiając z Antonim Węgiel z Dąbrówek Breńskich podałem mu hasło pouczając jak mają podejść i rozbroić warte. Prosiłem ich tylko, że tam jest dwóch z bezpieki moich ludzi by im nie zrobiono krzywdy. Tak zrobili i bez trudu weszli do więzienia. Po paru miesiącach jeden z bezpieki, którego nazwiska nie pamiętam zdał, że tylko ja mogłem zdradzić hasło, ale nie mieli na mnie dowodów. Przeniesiono mnie do wsi Bolesław na komendanta tamtejszego posterunku milicji, ale po paru miesiącach mnie zwolnili z braku zaufania do mnie. Na tym się nie skończyło. Mając 35 lat wstąpiłem w związek małżeński z moja kochana żoną i może większą patriotką niż ja, ale z tą radością przyszły i kłopoty. Zaczęli mnie wzywać do urzędu bezpieczeństwa i wypytywać gdzie pracuje i z kim mam kontakt, a najbardziej im chodziło o to, gdzie może być ukryta broń, która była zmagazynowana w budynku “Sokół” w Dąbrowie Tarnowskiej, która była użyta w rozbiciu więzienia i wypuszczenia więźniów. Potem zaczęli przyjeżdżać do mnie i zaczęli mnie straszyć mówiąc, że ja muszę coś wiedzieć gdyż jestem bratem Tadeusza, który tą broń ukrywał. Zrobili mnie komendantem ZBOWID-u. Gdy i to nie pomogło zaczęli mnie zwalniać z prac. Pracowałem w szkole SWIT, jako szef tej szkoły w Szczucinie, ale po roku zostałem zwolniony za “Zły wpływ polityczny na młodzież”. Pracowałem w szkole zawodowej i rolniczej i też mnie zwolnili. Powód ten sam: ”Zły wpływ polityczny na młodzież”. Wreszcie otrzymałem prace w spółdzielni GS-u w mojej miejscowości Bolesław, ale i tam mi nie dali spokoju. Miałem częste kontrole. Jak to nie pomogło zemścili się w okropny sposób, mordując nam syna lat 16 ,który chodził do Technikum Mechanicznego w Tarnowie pozorując jego utoniecie w malutkiej rzece koło Tarnowa. Interwencja u prokuratora, że ma ślady uderzenia w szyje nie miały żadnego skutku ani znaczenia. Czułem się i byłem bezradnym w tym wszystkim. Myślałem tylko w duchu, co człowiek człowiekowi może zdziałać – nawet życie odebrać niewinnemu.

W dalszych latach trochę się uspokoiło. Nie nachodzili już na mnie. Nasza córka wyszła za mąż za Amerykanina polskiego pochodzenia i wyjechała. Ja dopracowałem do lat 65-ciu, zwolniłem się i zająłem się domem, który żona dostała od ojców z bardzo pięknym ogrodem. Po pięciu latach pobytu córki w Ameryce na jej zaproszenie wyjechaliśmy do USA na podstawie łączenia rodzin. Po przyjeździe do Ameryki poszliśmy do pracy. Ja przepracowałem 10 lat a żona 15 gdyż była młodsza ode mnie. Dorobiliśmy się własnego domu i mamy na wszystko, co nam potrzeba do życia. Nikt nas nie pyta skąd na to wszystko mamy, nikt się nie pyta, co robimy jak to było w komunizmie. Dopiero tutaj poznaliśmy, co to jest wolność.

fot. 53 Pułk Strzelców Kresowych

 


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami Internautów. Administrator portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin - zawiadom nas o tym (elstertv@gmail.com).

Komentarze

  1. 3 maja 2019 o 08:19
    AlicjaMorawiec :
    Bardzo dziękuje redakcji E-Kurier Dąbrowski za umieszczenie wspomnień mojego Ojca i serdecznie pozdrawiam.
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +5 (w sumie : 5)
  2. 4 maja 2019 o 08:08
    Piekne :
    Piękna historia. Chwała i cześć BOHATEROM.
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +5 (w sumie : 5)

Skomentuj (komentując akceptujesz regulamin)