Dzisiaj:
Wtorek, 16 lipca 2019 roku
Andrzeja, Benedykta, Marii Magdaleny, Stefana

Doors w Dolinie Charlotty

28 lipca 2012 | Brak komentarzy

Dziś nazywają się Ray Manzarek And Robby Krieger Of The Doors. Wraz z towarzyszącymi muzykami zagrali koncert inaugurujący VI Festiwal Legend Rocka w Dolinie Charlotty. Kto 13 lipca był i widział, nawet jeśli musiał jechać 700 kilometrów, na pewno nie żałował. To był magiczny, sentymentalny i – co by nie mówić – wzruszający wieczór.

Zanim przejdę do występu, słów kilka o zmieniającej się Dolinie Charlotty. To wspaniałe miejsce do wypoczynku. O jego walorach można by długo, ja jednak o samym amfiteatrze, który uważam za najsympatyczniejszy, a nawet za najlepszy brzmieniowo otwarty obiekt koncertowy w Polsce. Oczywiście, jeśli ktoś lubi stadiony i mega show na 100 tysięcy osób, to Charlotta nie jest dla niego.

Nie mniej jednak od ubiegłego roku amfiteatr został przebudowany i powiększony o kolejne miejsca, „platforma konsumencka” zniknęła z korony obiektu i została przeniesiona, zresztą w przyjazny sposób, na jego skrzydła. Dzięki takiemu rozwiązaniu widownia przewidziana wcześniej na pięć tysięcy miejsc została powiększona dwukrotnie.

Słynny klawiszowiec Doorsów – Ray Manzarek lubi Polskę, chętnie tu przyjeżdża. Ma tu swoje korzenie, stąd bowiem pochodziła jego babcia. W tym roku artysta przywiózł ze sobą swojego brata Ricka – bluesmana z Chicago. Rick w odpowiednim momencie wsparł kapelę swoją gitarą, występując w czapeczce i bluzie z napisem: Polska.

Manzarek zapytany dlaczego już nie gra z nimi John Densmore (perkusja) powiedział enigmatycznie, że John jest starszym, zmęczonym człowiekiem i występy przestały go interesować. Densmore (młodszy od Raya o sześć lat) zablokował starym kumplom możliwość występowania po szyldem The Doors. Stąd też takie pomysły jak: The Doors Of The 21 Century, Raiders On The Sotrm czy wreszcie Ray Manzarek And Robby Krieger Of The Doors. To jednak nie ma większego znaczenia. Cieszy fakt, że muzycy wciąż chcą grać i – co więcej – mówią, że będą to czynić dopóki starczy im sił i dopóki na muzykę The Doors będzie zapotrzebowanie. O to drugie wcale bym się nie martwił.

13 lipca w Dolinie Charlotty był letni, trochę chłodny i niestety trochę deszczowy wieczór. Zespół Manzarka i Kriegera wystartował tuż po dwudziestej drugiej. Odpowiednio wcześniej pod sceną kłębiło się od całkiem młodych, starszych i zupełnie już niemłodych fanów kalifornijskiego bandu. Tego wieczoru widownia składająca się w 50% z młodzieży była bardzo pokaźna (następnego dnia, kiedy grali Ten Years After, Savoy Brown i Cactus widzów było już o połowę mniej). W tym przekroju wiekowym widowni nie było nic dziwnego, wszak The Doors to wciąż żywa legenda, na którą – co pewien czas – wraca zwiększone zapotrzebowanie, a nawet moda. I bardzo dobrze, dla mnie moda na Doorsów powinna być nieprzemijająca.

Zaczęli dynamicznie – od Roadhouse Blues. Niemal od razu stało się pewne, że to będzie wieczór na solidnym poziomie. Wokalista Dave Brock śpiewał dobrze, swobodnie, bez szarżowania, jego głos do złudzenia przypomniał głos Morrisona, a on sam wyglądał jak Jim przed czterdziestką – z małym zastrzeżeniem: gdyby Morrison jakimś cudem dożył tego wieku (przy jego trybie życia), miałby na pewno mniej sportową sylwetkę.

Drugim numerem tego wieczoru był hit Break On Through, a zaraz potem zabrzmiał Five To One. Już po kilku numerach można było zauważyć, że muzycy nie silą się na brzmieniowe fajerwerki, że idzie o to, by stare, uznane kawałki brzmiały jak niegdyś, z niewielką szczyptą nowoczesności, ot, jak choćby w przypadku basowych wycieczek Phila Chena czy bębnienia Ty’a Dennisa. W tym drugim przypadku trzeba stwierdzić, że oldskulowe i jazzujące granie Densmore’a było fajniejsze, ale też bez przesady. Z kolei Robby Krieger grał po swojemu, bez zbędnych popisów, które i tak nigdy nie były mu potrzebne.

Tego wieczoru zabrzmiały i Albama Song Kurta Weila, i Back Door Man, i Love Me Two Times, i Touch Me. Zabrakło The End, to jednak nazbyt morrisonowski numer, ale z kolei ulubiony kawałek Jima When The Music Over zabrzmiał i muszę przyznać, że była to – tak jak trzeba – transowa wersja.

Nie ukrywam, że czekałem na mój ulubiony utwór Raiders On The Storm. Ten ponadczasowy numer zabrzmiał cudownie. W jego trakcie zaczął padać deszcz i – z pomocą natury – koncert stał się jakimś niezwykłym, magicznym wręcz spektaklem.

W finale wieczoru muzycy zaserwowali Light My Fire. To było do przewidzenia, wszak ten numer łączy pokolenia i stanowi najlepsze z możliwych zwieńczenie koncertu. Brawo, brawo. Emocjonalny, pełen wspomnień ogień zapłonął. Jednak o tym jak i kiedy ów ogień wzniecać wiedzą tylko wytrawni jego strażnicy.

Krzysztof Borowiec


Skomentuj (komentując akceptujesz regulamin)