Dzisiaj:
Wtorek, 27 października 2020 roku
Frumencjusza, Iwony, Sabiny, Siestrzemiła, Wincentego

Jimi Hendrix – wspomnienie

18 września 2011 | Brak komentarzy

Kiedy 18 września 1970 roku umierał miał zaledwie 28 lat. Po dziś dzień nikt nie ma wątpliwości, że był genialny. Tym razem więc szczypta wspomnień o Jimim, ale o tym mniej znanym.

Matka Jimi’ego – Lucille nie wykazywała specjalnego zainteresowanie swoim synem, kiedy był jeszcze małym dzieciakiem podrzucała go sąsiadom, sama zaś znikała na długie tygodnie. Freddie Mae Gautier, dziewczyna z sąsiedztwa, tak wspominała pierwsze lata Jimi’ego:

„W naszym domu było sporo przybranych dzieci, Jimi takim dzieckiem nie był, ale moja mama uważała, że potrzebuje dobrej opieki. On jednak trzymał się z dala od innych dzieci, co jest niezwykłe jak na dwu-, trzylatka. Wiele razy musieliśmy go szukać, chował się, i siedział sam po cichu w pokoju. Bez żadnego powodu. Kiedy z nim rozmawiałam, często leciały mu łzy po policzkach”.

Po latach, kiedy Freddie zapytała już dorosłego Jimi’ego czy nadal lubi samotność, ten odpowiedział: „Tak. Czasami moi znajomi szukają mnie, a ja po prostu wcześniej wynająłem inny pokój w hotelu, żebym mógł być sam, żebym mógł posiedzieć i pomedytować”.

W 1955 roku Al Hendrix – ojciec Jimiego stracił dom, który zamierzał kupić. Z dwóch synów młodszy Leon został wówczas oddany do domu dziecka, Jimi pozostał przy ojcu. W poszukiwaniu lepszych warunków, czy też w ucieczce przed wierzycielami przenosili się z miejsca na miejsce w różnych dzielnicach Seattle. Przez jakiś czas Al wspólnie ze szwagrem pracował przy konserwacji mebli, pewnego razu u jednego z klientów znalazł stare, sponiewierane ukulele. Instrument nie miał wszystkich strun, trzeba było jej dokupić. Jimi bardzo zajął się tym ukulele. Był nim wręcz zafascynowany. Następnym instrumentem była już gitara akustyczna, którą Jimi kupił za pięć dolarów od znajomego ojca. Al Hendrix ówczesne granie syna tak wspomina: „Brzdąkał na tej gitarze cały czas. Robił to w każdej wolnej chwili. Kiedy już opanował grę kupiłem mu gitarę elektryczną. Dzięki temu Jimi grywał z miejscowymi zespołami na potańcówkach i imprezach. Uwielbiał grać bluesa. Wśród jego ulubionych wykonawców byli B.B.King i Muddy Waters.

Fayne Pridgeon, pierwsza dziewczyna Hendrixa, twierdzi, że jej matka miała dla Jimi’ego wiele współczucia, kupowała mu różne rzeczy, ot jak choćby koszulę, czy muszkę, kiedy występował w zespole grającym jive’a. Potrafił być wdzięczny, bo choć był chłopcem mocno zakręconym, to jednak wrażliwym.

Z czasem Jimi porzucił szkołę. Próbował wtedy znaleźć pracę w najróżniejszych miejscach. Bardziej interesowało go jednak granie.

Fayne Pridgeon wspominała jak pewnego wieczoru w jednym z lokali Jimi – będąc sam na scenie zagrał „Walking The Dog” Rufusa Thomasa i tym występem powalił publiczność. Od tej pory niemal wszyscy z sąsiedztwa przychodzili posłuchać Jimi’ego. Według Fayne w tamtym czasie blues był wszystkim dla Hendrixa, owszem czasem grywał rocka lub rhythm and bluesa, ale blues był najważniejszy. Uwielbiał Elmore’a Jamesa. Używając hotelowych szklanek próbował naśladować jego technikę gry, a odpowiednio modulując głos, starał się kopiować jego sposób śpiewania. Czasem budził Fayne w środku nocy, by jej oznajmić: posłuchaj tego, udało mi się. Jego ulubionymi utworami były wówczas: „The Sky Is Crying”, „It Hurts Me Too” oraz „Bleeding Heart”. Potem – zdaniem Fayne – Jimi oszalał na punkcie Boba Dylana.

Kiedy wszedł w wiek poborowy uprzedził powołanie i aby mieć prawo wyboru jednostki zgłosił się sam. Postanowił zostać spadochroniarzem. Znalazł się w jednostce stacjonującej w okolicach Clarksville. Podczas służby, kiedy tylko mógł przyjeżdżał do klubów w Clarksville grać. Poznał tam wówczas Billy’ego Coxa, który służył w tej samej jednostce. Podczas weekendów, kiedy wychodzili na przepustki, a przed zwolnieniem Jimi’ego ze służby (z powodu urazu kręgosłupa), wspólnie grywali w najróżniejszych lokalach.

Po latach Billy Cox stał się jego muzykiem. Było to już po pierwszych sukcesach Jimi’ego. Wcześniej Jimi występował z grupą I.B. Special, grającą z Isley Brothers, potem towarzyszył Jackie Wilson, a wreszcie przez jakieś dwa, trzy miesiące Little Richardowi. W nowojorskim klubie Cafe Au Go Go jako Jimmy James wraz z zespołem Blue Flames zachwycał swoja grą, ale wszystko było jeszcze przed nim. Dość szybko wyjechał stamtąd wraz z Chas’em Chandlerem, basistą The Animals, do Londynu. Dopiero tam nabrał wiary w swoje nadzwyczajne umiejętności. Tam też zaczął swój pełen chwały, choć jakże krótki, trwający zaledwie cztery lata, okres niezwykłej, porywającej kariery – wskutek narkotyków – szybko prowadzącej w zaświaty.

W 1966 roku Hendrix znalazł się w Londynie i przez pewien czas mocno skumplował się z Erikiem Claptonem. Oto jak tamte miesiące wspomina Clapton: najwięcej czasu spędziłem z nim na początku naszej znajomości. Później zaczął coraz bardziej wychodzić poza sceny londyńskie. Jeździł po Anglii wracał do Ameryki. Na początku kiedy mieszkałem w Londynie odwiedzał mnie często. Claptonowi nie bardzo przypadł do gustu „angielski” zespół Hendrixa. Początkowo sądził nawet, że współtworzący go muzycy (Mitch Mitchell i Noel Redding) to dość przypadkowa sekcja w pośpiechu zebrana przez Chase Chandlera. Co prawda czas zweryfikował jego opinię, ale główna w tym zasługa Jimi’ego. O pierwszym klubowym występie Hendrixa z zespołem Clapton tak mówił: „Był w Anglii dopiero od tygodnia i kiedy zagrał wszystkich rzucił na kolana, było to o tyle niesamowite, że większa część widowni składała się z muzyków. Po dwóch dniach prób miał gotowy trwający półtorej godzinny program. Równie dobrze mógł jednak występować sam, nie potrzebował nikogo innego. Mógł grać sam i robił to idealnie„.

Hendrix miał bogaty zbiór płyt. Według Claptona „większość wykonawców bluesowych (określenie to dotyczyło tu bardziej pionierów hardorcka) – gdy ich o to zapytać nigdy nie słyszała o innych, chyba że są z tego samego miasta. Jimi był inny, uwielbiał Roberta Johnosna, to zresztą też nas ze sobą łączyło”.

Pete Townshend, gitarzysta The Who, o występach Hendriksa w londyńskich klubach tak się wypowiadał: „czułem się jakbym przeniósł się do czasów, kiedy słuchałem wielkich artystów, jak Chuck Berry czy Jimmy Reeves, T-Bone Walker i tym podobnych. Co więcej kluby, w których Jimi występował, były takie same, jak wówczas kiedy widywałem tych artystów jako szesnastolatek. Byliśmy znowu jak za czasów szkolnych. Dzwoniliśmy i sprawdzaliśmy gdzie będzie grał. To było niesamowite”. Trzeba w tym miejscu dodać, że The Who byli już wówczas znaną kapelą. Townshend nigdy nie ukrywał podziwu dla Jimi’ego, uważał, że „to co Jimi uczynił całkowicie zmieniło dźwięk gitary elektrycznej i przewróciło świat rocka do góry nogami”.

Eddie Kramer był inżynierem nagrań w bardzo dobrym wówczas studiu Olympic, do którego zespół Jimi’ego trafił po nagraniu Hey Joe. Oto, jak Kramer wspominał pracę z Hendriksem: „Pierwszy raz zanim użyliśmy efektu przejścia, kiedy dwa dźwięki schodzą się razem i zaczynają przechodzić z kanału na kanał (efekt jest słyszalny na płycie Axis: Bold As Love przy wstawce perkusyjnej) Jimi opowiedział taką historię: słyszę pewien dźwięk, usłyszałem go we śnie, chciałbym żebyście go odtworzyli. Kiedy udało się to zrobić oszalał z radości i stwierdził: ożywiliście mój sen”.

You need to install or upgrade Flash Player to view this content, install or upgrade by clicking here.

Z jednej strony miał dość niedbały stosunek do pracy w studiu. Z drugiej strony był bardzo drobiazgowy i wymagający w stosunku do wszystkich. Pracował w studiu po 14 godzin, a potem miksował nagrania. Oto raz jeszcze słowa Kramera: „Jeśli nie dokończył piosenki i miał tylko jej ogólne pojęcie, praca zajmowała mu wiele dni. Przychodził i grał w kółko ten sam kawałek, nagrywał go na taśmę i zabierał do domu. Taśm słuchał zasypiając, budził się następnego dnia i słuchał ich dotąd aż osiągnął zamierzony efekt. Teksty pisał kiedy ścieżka była już gotowa i podobała mu się. Siadał mając przed sobą pełno stron zapisanych tekstami. Gdy trzeba było brał fragment z jednej piosenki i przenosił go do innej”.

Po nagraniu dwóch pierwszych płyt muzyka Hendriksa zaczęła się zmieniać. Z jednej strony był to naturalny proces twórczy, z drugiej określone upodobania i fascynacje. Jimi miał dosyć grania, jako frontman.” Chciał – jak powiedział Kramer -grać muzykę, którą nazywał elektryczną muzyka kościelną. Chciał być bliżej muzyki religijnej, muzyki soul, gospel”.

Eric Barrett – tour manager w latach 1968-1970 wspominał z kolei szczególną atencję Jimi’ego dla gitar: „Nikt nie miał prawa dotykać jego gitar, tylko ja mogłem wymieniać w nich struny i ogólnie dbać o nie. Nie lubił, jeśli inny muzyk podczas festiwalu wchodził do jego garderoby i brał do ręki jego gitarę”.

Gitara była dla niego nie tylko środkiem przekazu, była niezwykłym, magicznym wręcz przedmiotem, przy pomocy którego tworzył muzyczne światy, ale też, gdy trzeba było, potrafił wyrazić życie z wszelkimi jego barwami i odcieniami.

Krzysztof Borowiec

 


Skomentuj (komentując akceptujesz regulamin)