Dzisiaj:
Piątek, 15 listopada 2019 roku
Albert, Alberta, Albertyna, Artur, Artus, Idalia, Leopold, Leopoldyna, Przybygniew, Roger

HISTORIA: WSPOMNIENIA JAKUBA BOJKI Z OKRESU OKUPACJI ROSYJSKIEJ

14 października 2019 | komentarze 4

W drugiej połowie września 1914 r. w parafii gręboszowskiej gościł I Pułk Strzelców Józefa Piłsudskiego. Tutaj znajdował się sztab i miejsce zakwaterowania, natomiast walki toczyły się po drugiej stronie Wisły, w rejonie Nowego Korczyna.

Jak wspominała Wiktoria Woziwoda z Borusowej: „U nas był 5 pluton legionistów, a u wrót każdego domu aż się krasiło od polskich chorągiewek, byli to silni i młodzi chłopcy, z sercem i duszą prawdziwymi […] wszyscy nie mieli wojskowych mundurów, za dwa dni umundurowali się u nas w stodole, zostawiając cywilne ubrania. Bo przyszedł statek Wisłą z mundurami, już ostrzeliwany przez Moskali, lecz ugrzązł tu gdzieś pod gromadzkiem. Holowali ten statek chłopi ze wsi z narażeniem swego życia, bo Moskale nie chcieli dać mu odjechać do naszego brzegu, lecz wciąż go ostrzeliwali” [W. Woziwoda, Pamiętnik, „Rocznik Tarnowski” 1991/92].

Obszar działań I pp. Legionów w dn. 16-23 IX 1914 r.

27 IX Pułk wyruszył na północ wraz z falą wojsk niemieckich idących na północ. Przemaszerował przez Żelichów, Siedliszowice, następnie po przekroczeniu Dunajca do Sikorzyc, a stąd do Wietrzychowic, gdzie zatrzymał się na nocleg. Tu był ostatni postój dzienny przed wyruszeniem za Wisłę. Następnego dnia przeszedł pod rozkazy dowódcy I Korpusu l Armii gen. Dankla, która wspólnie z korpusami niemieckimi miała prowadzić działania ofensywne na wschód, na Dęblin-Warszawę.

Niestety przegrana bitwa pod Dęblinem spowodowała kolejny odwrót wojsk austro-węgierskich, tak że, pod koniec listopada 1914 roku w powiecie dąbrowskim wojska rosyjskie docierały do Dunajca, powodując przymusową ewakuację mieszkańców. W dn. 25 listopada stanął w Gręboszowie (wraz ze sztabem) dowódca 3 armii rosyjskiej gen. Radko Dimitriew. W tej sytuacji linia dolnego Dunajca nie mogła stać się miejscem przegrupowania wojsk austro-węgierskich – brakowało bowiem czasu. W ciągu następnych kilku tygodni wojska rosyjskie znalazły się na przedpolach twierdzy Kraków. Jak się okazało, był to największy sukces militarny Rosjan w czasie tej wojny. Z ewakuacji zachodnich terenów powiatu dąbrowskiego, pochodzi relacja spisana przez korespondenta „Nowej Reformy”:

Zapadła ciemna, wichrowata noc. Zostaję na nocleg w Radłowie. Kanonada ani na chwilę nie milknie. Nieprzyjaciel zarzuca całą okolicę istnym gradem szrapneli i granatów ze swoich pozycji po prawym brzegu Dunajca, obranych mniej więcej w kierunku Żabna, Sieradzy, Odporyszowa, Zakirchala. Baterie austriackie odpowiadały również rzęsistym ogniem. Huk nieustanny spędza sen z powiek. Wyszedłem około 10 godziny w nocy na rynek, a stamtąd na miasto w stronę Biskupic Radłowskich. Wschodnia połać nieba niezwykły przedstawia widok. Światło reflektorów nieprzyjacielskich miesza się ze słupami płomieni trawiących nieszczęsne nasze wioski w Tarnowskiem i Dąbrowskiem. Zda mi się, że nawet krzyki rozpaczy i chłopskie lamenty dochodzą mych uszu… Błąkam się do północy po stratowanych i poniszczonych polach radłowskich, zapatrzony w te potężne łuny, z każdą chwilą coraz potężniejsze, co hen, daleko, za Dunajcem, rozświetlały horyzont, a działa grzmiały ciągle, pomimo ciemnej nocy.

O świcie ruszyłem ku Dunajcowi. Po drodze spotykam grupki rodzin włościańskich, które pieszo, lub na wozach, podążają w kierunku do Radłowa i dalej. – Wszyscy z gmin naddunajeckich, ewakuowanych ze względu na rozgrywające się tam mordercze walki z Rosjanami.

Kobiety zanoszą się od płaczu i tulą drobną dziatwę, która trzęsie się od dojmującego zimna. Mężczyźni idą, niby cienie, posępni i milczący. Korowód tak mi już znany z mojej wędrówki w tych stronach. – Odnoszę chwilami wrażenie, że to jakiś pogrzebowy orszak ku Radłowu podąża…

Mamusiu, czy my jeszcze wrócimy kiedy po wojnie do naszej chałupy w Jadownikach – dolatuje mnie głos czteroletniego dziewczęcia. – Tam mi było dobrze i ciepło, a tutaj tak zimno…

– Wrócimy, Helciu, wrócimy, jak tylko nasi wyrzucą precz Moskala – uspokaja ją matka – i sama płaczem wybucha.

Uwagę moją zwrócił wóz, w liche zaprzężony szkapięta. Na wozie 80-letnia staruszka, otulona pierzyną, a obok postępował młody mężczyzna, popędzając batogiem wychudłe szkapy. [„Nowa Reforma” 1915, nr 106].

W tym czasie niewiele brakowało armiom rosyjskim, by rozpocząć marsz na Berlin i Węgry. 4 armia austro-węgierska odeszła pod ochronę fortów twierdzy krakowskiej, zaś trzecia wycofała się w Karpaty. Potężną lukę pomiędzy Wisłą a górami starał się przesłaniać słaby XI Korp. (lwowski) gen. Sthepana Ljubičicia z 3 armii. Gdy główne siły austro-węgierskie (1 i 4 armia) rozpoczynały bitwę na północ od Krakowa, usiłował on powstrzymać rosyjską ofensywę w pobliżu Brzeska i Zakliczyna. Jednak jego dwie dywizje piechoty (11 i 30) złożone z pułków wschodniogalicyjskich natknęły się na 2 rosyjskie korpusy (XI i XXI) i poniosły znaczne straty. Po krótkiej próbie obrony linii Raby, wojska austro-węgierskie odeszły więc dalej na zachód. Wkrótce jednak, po wygranych przez państwa centralne bitwach między Częstochową a Krakowem [17-24 listopada] oraz pod Limanową i Łapanowem [2-12 grudnia] Rosjanie zostali zmuszeni do wycofania się na linię Dunajca i Nidy. W ramach działań pościgowych żołnierze Alpejskiego Korpusu Rotha wsparci częściowo przez niedawno rozbitych gen. Ljubičicia oraz niemiecką 47 Rezerwową DP dotarli do Dunajca.

Warto wspomnieć, że w czasie odpoczynku oddziałów strzeleckich w Nowym Sączu w dn. 18 grudnia 1914 r. utworzono I Brygadę Legionów Polskich, Z sześciu już baonów piechoty utworzono dwa trzybaonowe pułki; mianowicie baony I, III і VI stanowić miały 1 pułk pod dowództwem Śmigłego-Rydza, baony II, IV і V, pułk 2 pod Norwidem-Neugebauerem. Bardzo szybko, bo po trzech dniach od sformowania I Brygada stoczyła bitwę pod Łowczówkiem (22-25 XII 1914 r.). Oddziały legionowe dowodzone przez płk Sosnkowskiego stawiły tam dzielnie czoło syberyjskim pułkom, w których służyło wielu Polaków. Gdy w Wigilię z okopów legionowych odezwała się kolęda, szybko została podjęta przez Polaków w rosyjskich mundurach. W pierwszych tygodniach 1915 r. I Brygada znajdowała się na odpoczynku. W Kętach przeszła reorganizację, a wiosną wyruszyła na odcinek frontu nad Nidą.

Po odepchnięciu Rosjan spod Krakowa front na długie miesiące ustabilizował się na linii Dunajca i Białej, aż do chwili rozpoczęcia operacji gorlickiej (2 maja 1915 r.). Z tego okresu pochodzi zamieszczone poniżej w kilku numerach tygodnika „Piast” „Sprawozdanie” [Zob. Aneks 2]. W tekst wpleciono kilka fotografii wykonanych na terenie powiatu dąbrowskiego przez fotografa pruskiej 47 Rezerwowej Dywizji Piechoty [In West und Ost: Kriegsbilder aus der Geschichte der 47. Reserve-Division nebst einer Einleitung und eienr Übersichtskarte, München 1917] oraz z tygodnika “Nowości Illustrowane”.

Uzupełnieniem są też fragmenty Sprawozdania Powiatowego Komisarza Naczelnego Komitetu Narodowego [NKN] na powiat dąbrowski Stanisława Szpaka (oparte na relacjach świadków), znajdujące się w zasobach Archiwum Narodowego w Krakowie [ANKr, NKN, sygn. 281]. Zostały one wyróżnione w tekście obramowaniem, mniejszą czcionką i cieniowaniem.

Gminy jednostkowe parafii Gręboszów w połowie XIX w. będące przedmiotem opracowania

Na mapie TARNAUER KREIS przedstawione są zarówno granice gmin jednostkowych [linia cienka – czarna], dominiów [linia czerwona], na których władzę administracyjną sprawował właściciel majątku poprzez mandatariusza. Mapa rękopiśmienna z lat 1848 – 1850. Skala liczbowa: 1: 2880. Wymiary: 80 x 66,9 cm. [Archiwum Narodowe w Krakowie [dalej: ANKr], sygn. 3049.

Powiat dąbrowski po wojnie

Sprawozdanie posła Jakóba Bojki [oryginalna pisownia]

Gręboszów

Szanowni koledzy opisali, co się działo w ich powiatach i w jakim stanie są powiaty, z których posłowali i niby posłują. Mówię „niby”, bo wiadomo wszystkim, że dziś parlamentu nie ma i poseł akurat tyle ma siły do pomocy ludności, co umarły w ręku [Obrady Sejmu na czas wojny zostały zawieszone- przyp. KS]. Pisze się takie rzeczy, raczej dla pamięci, dla historyi, aby potomni wiedzieli, co ich przodkowie przeżyli w tych strasznych czasach, jakich ludzie nie mieli, jak ten świat istnieje, i niech Pan Bóg zachowa, aby kiedy znowu były.

Sterany wiekiem i klęską wojenną, nie mam potemu ani środków, ani czasu, ani sił, abym mógł taką objażdżkę rychło uskutecznić, ale w miarę sił i czasu kreślę parę słów, co się u nas działo.

Zaczynam od wsi rodzinnej.

Moskale przyszli tutaj d. 11 listopada, 1914 r. patrol rosyjska, wjechawszy do zalękłej wioski, wstąpiła do szynku na pokrzepienie. Niebawem przyszło ich więcej, a wszystko dumne i pełne animuszu i pewne, że Kraków i Wiedeń wpadnie lada dzień w ich ręce. Ludzie tutaj czytani wiedzieli, co Moskale umią co od przeszło 143 lat wyrabiają z polskim narodem, tegoż się od nich spodziewali, ale przeszła ta banda przecież dość rychło, obrabowawszy tylko ludność z tego, co było pod ręką, tj. z kur, gęsi, świni i siana.

Ludność opanował strach i lęk na wiadomość iż Moskale nadchodzą. Żywność i więcej wartościowe rzeczy pozakopywali w ziemię, przyorali i pozasiewali lub kryli na strychach w sianie. Było to niepraktyczne, gdyż do wykopów powiększej części dostała się woda i zniszczyła środki żywności. Pieniądze wkładali do flaszek, zapakowywali i kryli w ziemię. Pokazało się, iż Moskale mimo jak się później okazało ogromnego sprytu w wyszukiwaniu ukrytych rzeczy ani jednej takiej flaszki nie znaleźli. Mieszkańcy pozamykali się w domach i z żalem, że Austryacy nie zabrali wszelkich jakichkolwiek mogących się im przydać rzeczy, by Moch nie miał co zabrać, oczekiwała z modlitwą na ustach o opiekę boską okrutnego Moskala. Nie było wypadku, by chłop który się wydalił, gdyż z przywiązania do swych siedzib i roli – jak powiadali zgodnie – chcą koniecznie widzieć jak burki /psy/ będą niszczyć ich mienie. Na wypadek bitw porobili sobie wykopy tak wielkie, aby mogli z rodziną i krową w nich się pomieścić.

Pokazało się, że Kraków im nie posłużył i 15 grudnia wracali moskaliska, jak nie pyszni z pod Krakowa ze smutą miną, a przeszło ich tysiące, przez Gręboszów, wraz z armatami i  przyborem wojennym [po przegranej bitwie pod Limanową 2-12 XII – przyp. KS]. Ludziska w milczeniu patrzyli z domów na te łby okryte u kozaków w czapy kudłate, czyli papachy i na te piki wysokie, na które może jeszcze ich praojcowie nadziewali w r. 1794 biedną dziatwę na Pradze pod Warszawą i wrzucali w domy gorejące [chodzi o rzeź Pragi w trakcie insurekcji kościuszkowskiej 4 XI 1794 – przyp. KS]. Jedni zajęli okoliczne wioski, jak Wolę Żelichowską, Żelechów, Gręboszów itd., a drudzy legli przy olbrzymich wałach nad Wisłą i Dunajcem, w których porobili okopy, i aż do maja tu pozostawać mieli.

No i odtąd rozpoczęły się dla nas czasy niewesołe. Jenerał Majmajowski [Chodzi tu chyba o gen. Mikołaja Teodora Majewskiego, Polaka dowodzącego baterią artylerii] osiadł na plebanii ze swym sztabem, kozactwo i sołdaci obsiedli wsie niby robactwo świeżego trupa, i kradło, co było pod ręką. Ryk armat od 9 zrana do wieczora dawał nam znak, że nasze wojska zza Dunajca gruszek w popiele nie zasypiają, a już pod Otfinowem najbardziej.

Od świtu do nocy bandy Wołyńców łaziły za furażem, i co jedni z sianem czy słomą odjechali, to nowi, przybywszy, brali, co było. Jak nie mieli fury, to wiązali po 2 ogromne porcye i przewiesiwszy je na koniu, wypróżniali stodoły. Za 4 cet. Metr. płacili pół, a rzadko rubla, ale najczęściej brali darmo. Rano, gdy gospodarz wstał, patrzy…, a tu wrota od stodoły otwarte, a w stodole tylko ślady nocnej gospodarki moskiewskiej i dziura w zapolu. Żadna kłódka, żaden zamek, nie zdał się na nic, bo ta banda dała temu radę, żeby nie wiem jak kto, ukrył siano, obtulił go np. słomą, to oni go wywąchali i zabrali.

Okopy niemieckie po obu stronach Dunajca

18 grudnia, po południu, zaczęły padać po raz pierwszy szrapnele do wsi. Z piwnicy uszedłem z dziećmi na błonie, bo się pokazało, że tam bezpieczniej. Do wieczora padły 3 kule przed kościół, jedna przed plebanią przy sali; rozbiło w puch dom Józefa Barędziaka, Knagi Feliksa, M. Kułagi i Macieja Adamczyka. Kul tych padło dosyć wszędy, ale ubiły tylko paru moskali; których oni bardzo sprawnie gdzieś pochowali, a tylko jednego pogrzebali na cmentarzu.

Ludzie siedzieli we wsi, czekając ze strachem, co będzie dalej, a moskale za nimi. Jenerał kazał z wieży patrzeć swoim, co się dzieje za Wisłą i mimo, że ks. Proboszcz Halak dość śmiało temu przeczył, siłą weszli na wieżę i telefon tam założyli.

Zniszczony dom w okolicy Radłowa

Dzień Bożego Narodzenia smutnośmy obchodzili. W kościele pełno moskali słuchało naszych cudownie pięknych kolęd, a armaty na całej linii grzmiały straszliwie. Jak ten lud śpiewał kolendy, jak patrzył na swych wrogów w kościele obok siebie stojących, łatwo sobie wyobrazić. U Knagi Łucji szrapnel zabił wtedy troje bydła i świnię, a klacz silnie skaleczył.

Nie wypędziło to jeszcze moskali ze wsi, i musiałem się poniewierać w drugiej izdebce na ziemi, bo dwóch oficerów wypędziło mię z łóżka. Panowie ci pili „czaj” całe dnie i noce i grali w karty szalenie. Ograniczeni to byli ludzie, a tylko opowiadali przesadne historye o potędze Rosyi; którym któż uwierzył?

Nie było wtedy ani światła, ani soli, ani cukru, i płaciło się drogo te rzeczy za Wisłą gdzie wolno było przechodzić po moście pod Borusową [Rosjanie wybudowali most pontonowy – przyp. KS].

Robactwo oblazło sołdatów, którzy zapaliwszy na dworze ogień, zdejmowali się do naga i nad płomieniem opalali niewinne robactwo, które i do nas trafiało. Dowcipny gospodarz pyta bijącego wszy sołdata: „czy pan doktorem?” – Niet, a dla czego się pan pyta? – A bo je pan przebiera, jako niby chore, od zdrowych…

Smród z powodu smarowania się kozim łojem przed wszami przepełnił cały powiat dąbrowski. Wpadały całe bandy i po kilkudziesięciu mieścili się w jednej chacie wieśniaczej po strychach, stodołach i stajniach […] Co się tyczy kradzieży, rabunków i gwałtów, te w dąbrowskim na ogół wypadków takich nie było wiele, przypisać to jednak należy tylko krótkiemu urzędowaniu Moskali w tych stronach w 1 – szej fazie wojny. Niemniej jednak w bestialstwie swoim posunęli się w niektórych gminach do niesłychanych granic. I tak np. zakwaterowawszy się u jakiejś kobiety, której mąż był na wojnie lub w świecie, dopuszczali się największych bezeceństw. [Ludność z powodu smrodu jaki bił od każdego sołdata nie wysypiała się, nadto pilnowała swego mienia przed rabunkami nocnymi i przeważna część wyglądała źle, a ślady zmartwienia na twarzy i siwe włosy nawet u młodszych świadczą, iż ludność przeżywała chwile, które opisać się nie dadzą.

8 stycznia, straszny dzień był dla Gręboszowa. Padło doń przeszło 100 szrapneli, które zrujnowały kościół, postrącały z fałaty figury i rozbiły parę budynków. Moskale rzucili się do rozbiórki na opał domów. Padły ofiarą budynki żydowskie, płoty i chlewy i na to nie można było nic poradzić.

A wciąż kładli ludziom w głowy, że przyszli nas wybawić z pod „awstryjskiego gnietu” [ucisku austriackiego – przyp. KS]. 12 we wtorek, popołudniu, 5 szrapneli uderzyło w mój dom i rozbiło go tak, że tylko jedna ściana się jako tako trzymała. Ubiło jednego oficera, a dieńszczyk, wraz z ścianą wyleciał na księży ogród, przeszło 40 metrów, żywy wprawdzie, ale niebawem z ran pomarł. Całe szczęście, żem z rodziną wyszedł rano do wsi sąsiedniej; bo jużbym nie żył. W tym dniu zabiło Dymona Wojciecha, dom mu rozburzywszy; stajnię Klucza i Gadkowy tenże los spotkał.

Chwalili Pana Boga, mówili, że przychodzą wyswobodzić ich z pod panowania Germana, z zależności żydowskiej, nadać im z obszarów dworskich więcej roli i wynagrodzić z polecenia cara wszelkie szkody, jakie im wyrządziły wojska austriackie i Germany. Wyście bracia nasi, już, a my wasi – wojska austriackie już nie istnieją, bo wybite, cesarz umarł ze zmartwienia, a ten młody uciekł do Ameryki, broni się jeszcze German, ale cesarz Wilhelm zwariował wskutek niepowodzenia Germanów” – przekonywali chłopów nawet prości żołnierze. Chłop jednak widział swoje, a to co widział, nie mogło go w żaden sposób przekonać, co do szczerości intencji tych „oswobodzicieli” […].

Jedenastego po południu zgorzały stodoły;: Józefa Koziary, Macieja Kalafarskiego, J. Menela, J. Barędziaka, J. Adamczyka, W. Stalicy, Sucharskiej i Lizaka. Nie trwało to dłużej nad 2 godziny i było po stodołach z paszą i ze sprzętami gospodarskiemi.

W nocy słychać było śpiewy wesołe naszych zuchów, co nas pocieszało i podniosło na duchu, że się jeszcze P. Bóg nad nami zlituje i moskal naszym panem nie będzie.

Nadmieniam, że gdy mój dom runął, rzucili się sołdaci i rozdrapali wszystko, począwszy od mej kochanej biblioteki, aż do bochenka chleba, że na wieczór uprosiłem sąsiada, by pożywił moje dzieci.

Po takim poczęstunku odeszli ze wsi moskale, ale i ludność prawie wszystka wyszła do sąsiednich wiosek, bo nie sposób było dalej mieszkać. Wieś opustoszała, smutny widok przedstawiała, i w wieczór nie ujrzałeś jednego światełka w oknie, które było ogołocone z szyb, a nawet z ram.

Gdym nazajutrz przybył na swoje domostwo, powitały mię tylko gołębie i kot leżący na progu. Nie miał on od dawna we mnie wielkiego zwolennika, ale że tak wiernie strzegł chaty, w tak krytycznej chwili, miałem o nim lepsze wyobrażenie. Najwięcej wycierpieli chorzy, gdy trzeba było z chat uchodzić i dzieci. Prosili ludzie P. Boga i mówili: A niech się wszystko straci, byle tylko tę szarańczę pomsta gdzie wyniosła. Nie jestem zabobonny, ale w dniu, kiedy się miał kościół palić, podczas mszy św. zgasły dwie świece na ołtarzu, a pierwej pająk kryształowy urwał się z powroza i rozbił na kawałki.

Uchodźcy z powiatu dąbrowskiego – 1914 r.

28 odwiedziłem Dąbrowę, gdzie moskale gospodarzyli. Straszny widok. W domach oknem wyzierały łby końskie, gnoju po uszy wszędy, rzadko gdzie żywego ducha, a sołdaci sprzedawali kobietom cukier, tytoń itp. Dyrektor Kasy Zaliczkowej, poczciwy Zakrzewski, siedział w budynku kasowym, w małej ciupce, a w innych ubikacjach pełno sołdatów, a między nimi starszy oficer, jakiś książę gruziński.

Już od końca września znaczniejsi i zamożniejsi mieszkańcy opuszczali swoje miejscowości kierując się w głąb monarchii. Największy popłoch, już bezpośrednio po wybuchu wojny szerzyła na prowincji tzw. inteligencja, a więc urzędnicy wszelkich dykasteryj i ich rodziny. Najbardziej niedorzeczne pogłoski na temat sytuacyi wojennej znajdowały zawsze posłuch wśród tych kół. Pakowano się i rozpakowywano zależnie od takiej lub innej pogłoski. Panika, zwłaszcza przy pierwszym odwrocie wojsk austriackich z pod Lublina dosięgła szczytu kulminacyjnego. Wystarczy nadmienić, że z miasta powiatowego Dąbrowy uciekła cała inteligencya jeszcze w chwili kiedy o najmniejszym niebezpieczeństwie nawet mowy nie było. Pojęcie o rozmiarach paniki może dać choćby taki drobny fakt, że gdy ze Szczucina jeden żydek na wozie obładowanym pierzynami przez Dąbrowę uciekał, to wówczas w ślad za nim wśród największego przestrachu ogromna większość inteligencyi i żydów zmykała w kierunku Tarnowa. Oprócz inteligencyi sfery żydowskie masowo opuszczały swe siedziby. Mieszczaństwo zamożniejsze w przeważnej większości również uciekało w przesadnej obawie, by przypadkiem Moskale któregoś z pośród gromad handlarzy trzody chlewnej nie wzięto za zakładnika. Podkreślić należy wyjątkowy spokój i równowagę umysłów, jaką zachowała ludność włościańska wobec inwazji rosyjskiej. Z powiatu całego żaden włościanin nie opuścił swojej zagrody i nie dał posłuchu rozmaitym strachajłom. Chłop został przy swoim gospodarstwie w tem głębokiem przekonaniu, że inwazja rosyjska jest tylko chwilową i że w czasie najbliższym inne zaistnieją stosunki.

Stacya w Oleśnie oblężona od burych płaszczyków, a w koło, góry owsa i innego prowiantu. Poczciwy „samowarek” ani się spodziewał, kto nim będzie jeździł, a wiózł niezliczoną ilość materiału wojennego i oddał moskalom nieocenione usługi.

7 lutego przyszła wieść złowroga, że w Siedliszowicach sołdat zastrzelił wójta i członka Rady powiatowej, Józefa Lisa, za to, że mu nie dawał rozbierać stodoły. Dotąd i myśmy bronili domy przed rozbiórką, teraz my dużo sfolgowali, aby nas nie spotkał los biednego Lisa, którego wczas rano pochowaliśmy z wielkim żalem. To samo zrobili i w Ujściu Jez. Deszczowi St. niemowie.

Z ludzi została tylko cień, wszystko drżało i czekało tylko śmierci, a wokoło co chwila wybuchały pożary domów. Człek tak zobojętniał, że stał się zupełnie nieczuły na tyle nieszczęścia.

Dowódca rosyjski wykonuje w Tarnowie karę chłosty za kradzież [„Nowości Illustrowane” 1915, nr 24]

13 lutego rzucili się Rosyanie na rozbity dom gminny, który gminę kosztował do jakich 5000 K i za 3 dni już było po domu. Zrąbali ławy szkolne i na rozbitą szkołę też poczęli patrzeć pożądliwie, 14 przyszło do domu, w którym mieszkałem, 2 oficerów i 2 sołdatów z bronią i pytają: „tyś wojt?” – Ja odpowiedziałem… „Ty pajdiosz do pałkownika, bo wy tu majecie tielefon”. A widział alfę do śmietany i zdawało się im, że to: „tielefon”. Ja już leżałem, bo było sporo w noc, więc mnie pytali, czym chory. Tak, odpowiedziałem. A na co? Na tyfus. Uciekli jak zmyci i wzięli podwójciego, do Lubiczka, pytając, kto ma telefon, bo gdzie tylko armaty ustawią, to „awstryjec” zaraz w nie bije.

Dotąd w parafii legło 8 ludzi, których grzebano wczas rano bez dzwonów.

2 marca kościół się zapalił. Ks. wikary Superson wyrąbał palące się belki, zdjął dzwonek, sygnaturę i pożar zdołaliśmy ugasić. 5-go zabiła kula: kowalkę z Siedliszowic, Danecką, która stała pod św. Anną.

Gdyśmy widzieli, że moskale nie żartują, ale rozbierają domy, poszliśmy do komendy w Żelichowie, wraz z ks. prob. Halakiem, prosząc, aby dali spokój. Odpowiedział ataman kozacki, że sołdaci surowo jeść nie będą, a że tu lasów blizko nie ma, to muszą brać z budynków, zwłaszcza z niezamieszkałych i rozbitych. Oświadczyłem, że jeżeli tak, to niech biorą płoty do reszty i chlewy, zaczynając od mojego… Prosiliśmy o wartę, aby nas nie rabowali. Dano 3 sołdatów, którzy 3 dni dobrze pilnowali, ale, że to było za dobrze, zabrano ich, a przyszli inni, którzy patrzali na wszystko przez szpary i tyle było pożytku.

Gdy przyszła wieść, że Przemyśl padł, ludzie płakali z żalu, a moskali przybyło na 2 metry. Chełpili się i odprawiali modły, bo popów było co prawie [II oblężenie twierdzy Przemyśl 5 XI 1914 r. -23 III 1915 r. – przyp. KS].

Na cmentarzu legło kilku sołdatów. Na każdym pogrzebie był pop. Zdarzyło się, że gdy podczas modłów nad poległym pop poruczał „Hospodowi” duszę wiernego raba (sługi), który za „caria, za miru i za otczastwo” duszę położył, to jedna kobieta w głos się odezwała: „i za kurku”. 17 III zgorzały plebańskie stodoły i domy, wraz z stodołami: Michała Kuzięby, W. Karasia, A. Wielgusa, H. Kucięby, Sokółki, Barędziaka i Nowaka stodoła. Zawezwał mię pałkownik znowu do Lubiczka, bo okopy ich, we wsi będące, ludzie zasypali: „Jak do zawtra, okopy nie będą naprawione, to ty pajdiosz w komorę i te haziaje” (gospodarze).

Aeroplany nasze krążyły nad wsią, a my mówili: żeby nam choć kartkę z jaką pociechą rzucili, ale tego nie było. Moskale strzelali do nich i z armat i z karabinów, ale dzięki Bogu, bez skutku.

Gdy przyszedł czas siewu, musieliśmy brać kartki od ich starszyzny, aby nam sołdaci koni, wozów i zboża nie brali, bo gdzieindziej tak się działo. Prości sołdaci, lubili bardzo dzieci małe i nie gniewali się, gdy te wołali na nich: „burki moskale”. Dbali tylko, aby się najeść i napić czaju do woli, a przyznać trzeba, że mieli prawdziwie wilcze apetyty. To nie nasz gatunek ludzi to obżartuchy nie do uwierzenia. 24 III zginęła żona Stokłosy – młoda kobieta.

Nadszedł Boży maj, a tu na pozycyi wciąż jednako. Nareszcie zmiłował się P. Bóg i Matka Boża, Królowa Polski. 2-go z soboty na niedzielę, o 11 w nocy, srogi jęk armat pobudził nas, i zmusił do ucieczki, bo się działo nad Dunajcem i Wisłą coś nadzwyczajnego. Juścić my nie wiedzieli co, aleśmy czuli, że to nasze wiarusy idą, aby nas od moskali wyrwać.

Wyszedłem z rodziną ku Hubenicom. Armatnie kule towarzyszyły nam aż ku lasowi, a karabinowe, tu i ówdzie bzdycząc, zmuszały nas do przyspieszenia kroków. Łuny wokoło oświecały okolicę; słowicy musieli zamilknąć, a pękające granaty przedstawiały widok przerażająco wspaniały. 3 maja spłonęły w Gręboszowie domy i zabudowania: Grabca Michała, Moryla Antoniego, Dymona, Mazura, Nowak Antoniny, Klucza, Wojtowiczki, lizaka, Stoksy, Kajnera, Zarzyckiego Ignacego, Tomasika, Szabli Zofii, Kucięby Wojciecha, Knagi Anny, Kramarskiego, Misterni, Kalafarskiego Tomasza, Jonas Agnieszki i Wojciecha, Smula Józefa, Kołodzieja, Szabli Andrzeja, Kalafarskiego Wojciecha, Podsiadłego, Szabli Jakuba, Cabaja Władysława, Knagi Feliksa, Gały Franciszka, Adamczyka M. dom i stajnia, Kułagi dom, Kowalskiego dom, Kamysza dom i stodoła, Jana Zarzyckiego całe gospodarstwo, Raczkowski dom, Łysika stodoła, Rochanka stodoła, Janasa z Dołka stodoła, Zawiślaka stodoła, Stanisława Dzięciołowskiego szkolna i organisty stodoły oraz wieża z kościołem.

Przed starostwem w Dąbrowie – 1916 r. 1-Namiestnik gen. Colard, 2-ks. Hohenlohe, 3-min. Morawski, 4-wiceprezydent Krakowa prof. Nowak, 5-nadinż. Jackowski [„Nowości Ilustrowane” 1916, nr 12].

We wsi wtedy było zaledwie paru ludzi w piwnicach.

Wieś, co prawda poszła, ale nasi przyszli i borykali się z wrogiem mężnie, a pola nasze pokryły trupy moskali gęsto. Nie pomogły im „dekunki”, których wokoło wsi sporo nakopali. W polu pod granicą pochowałem ich 14. 8 maja wkroczyły nasze dzielne wojska, które powitałem z radością w Hubenicach.

Po drogach walało się mnóstwo naboi karabinowych i różnych rupieci żołnierskich, a nawet i broni. Na ogół bowiem sołdaci mieli wstręt do wojny i wielu prosiło, „Hospoda”, aby „awstryjec” przyszedł i zabrał ich „w plen”.

Uciekało to bractwo cudownie, a ludność z radością witała kochane wojsko, którego tyle czasy nie widziało, a o którem moskale mówili, że to: „wsio pobite i w plen reszta poszło”.

Ludność wróciła do swych pieleszy, a niebawem z żandarmeryą, przyszły wozy z prowiantem i nadzieja wstąpiła w serca wszystkim.

  1. k. Starostwo, nadsyłało to słoniny, to mąki, to kukurydzy, to krup i ludność powoli przychodzi do siebie. Niebawem wieść o odebraniu Przemyśla rozradowała nas, a to, co teraz wojska sprzymierzone robią z twierdzami rosyjskiemi, to nas w podziw wprawia, bo flisując wedle nich, nie myśleliśmy, że to się tak prędko stanie. Pan starosta Heindrich na pierwsze potrzeby dał na parafię tutejszą 3000 K. a o resztę kołata.

Mamy w Panu Bogu nadzieję i w c. k. Rządzie, że nam przyjdzie z wydatną pomocą, lud się tuli, gdzie może, u sąsiadów, a ma ufność w tej Królowej Polski i w naszych walecznych wojskach, że moskal już tu nie będzie gospodarzył.

Koni i ludzi do roboty brak, urodzaje średnie, zimowe dobre, wiosenne liche. Ziemniaki znaczą boby, i owsy marne.

C.d.n.  Jakób Bojko

„Piast” 1915, nr 37.

Gręboszów, Biskupice i Ujście Jezuickie

Czego nam żal dotąd, to naszego pięknego bydełka, które Moskale zjedli, nie pytając że pryszczyca.

Oj ta pryszczyca! Dużoby było o niej pisać, ale zachowajmy sobie to na potem, dziś dość powiedzieć i kiedy przed wojną było w Gręboszowie rogacizny 298 sztuk, świń 259, koni 115 prócz źrebiąt, razem 672 sztuki, to po ucieczce Moskali zostało zaledwie na ogół wszystkich zwierząt 307 sztuk. Gdy się zważy, że Gręboszów ma przeszło 900 morgów do uprawy, łatwo pojąć, jaką trudność mamy, nie mając koni.

Moskale, uciekając już, zabrali parę koni z wozem Janasowi Piotrowi. A lubo żona nawet z nimi za Wisłę pojechała, to kobietę zrzucili z wozu (trzymali się widać przysłowia: baba z wozu, koniom lżej – przyp. aut.), a sami zniknęli jak kamfora;

Trzeba im przyznać, że do szukania (smatrania). Są ludzie nadzwyczaj wyszkoleni! I nie dziw!  Ludzie ci, od wieków, żyli i żyją z rabunku i grabieży, toć ten talent z ojca na syna przechodzi w spadku. Hordy azyatyckie, od których się Moskale wywodzą, kiedy się wybierały na biedną naszą Polskę, to ich starszyzna; która ich wyprawiała, takie i dawała przykazy.

„Przejdź Dniepr na Porobkach, potem wytchnij w Czarnym lesie lub Łabędziej puszczy, zbierz się w wielką ordę (gromadę), miej kobyłę dojną pod sobą, a potem idź tak na zachód, abyś żadnej rzeki w poprzek nie przeszedł, a zajdziesz na wierzchowinę Polski. Za trzy lata urasta tam wół, za pięć lat dziecko w chłopca, a dziewczyna w dziewkę, zbroje i konie mają dobre, kościoły i dwory bogate; co nie zabierzesz, zabij i spal” (Wincenty Pol).

Od tylu lat, odwykli Moskale od kobylego mleka, ale słów: „co nie zabierzesz, zabij i spal” nie mogą sobie zapomnąć. Jeżeli nad Wisłą i Dunajcem trzymali się jeszcze dworaźnie, to tylko dlatego, że uważali nas już za swoich, i ani im w głowie nie świtało, że trzeba stąd do „wydyrdu” uciekać.

W jedzeniu nie byli wybredni i to nie tylko sołdaci, ale i oficerowie. Kapusta i ziemniaki, jak były, a do tego czaju ćwierć, to już było „haraszo”. Z boleścią słuchało się, gdy mówili, że ten jest od Żytomierza, ten od Poczajowa, ten z gubernii piotrkowskiej, ten z lubelskiej… Wszystkie te bowiem miejscowości, były nasze, polskie i ci ludzie, w burych szynelach, byli Polacy, albo dopiero co przerobieni na Moskali.

Między sołdatami było sporo i niezłych ludzi, a jeszcze więcej takich, którzy jak zbawienia wyglądali wojsk austriackich, aby przeszli co prędzej „rykę” i zabrali ich w „plen”. Do naszych wojsk żalu nie mieli, ale do pruskich, to się im oczy iskrzyły. […]

Pierwsze ich wojska idąc pod Kraków, miały postawę dobrą, ubrani byli nieźle i jazda osobliwie z trzechmetrowymi dzidami, wyglądała okazale. Choć bogiem a paradą, nasze stare ułany drwiły z tych dzid. Świątek Michał, z Kozłowa, miał u siebie dwóch kozaków na kwaterze. A że im powiedział, że i on niegdyś służył przy ułanach, prosili go, aby im powiedział, dla czego austriaccy ułani dzid nie mają

– A bo to djabła warte – rzekł Świątek.

Ci bronili dobroci swych dzid, a Świątek im powiada: – Jestem już starszy i sterany, ale żeby mi dano tego konia, com na nim przy ułanach jeździł, i ten pałasz, to choć ta takie długie dzidy macie, tobym was obydwóch od razu sprzątnął”. To rozgniewało Moskaluszków  i 3 dni do chłopa, żaden się ani nie odezwał.

Pierwsze patrole rosyjskie, jak się później okazało były dla zrobienia na ludności dobrego wrażenia najpiękniejszem wojskiem jakie mieli Moskale. Między nimi było dużo Polaków. Mimo tego zrobili na ludności, która się im z kryjówek przyglądała – jak najgorsze wrażenie, gdyż dzikie twarze, wzrok bandycki i kolor mundurów robił na mieszkańcach nie wrażenie żołnierza, ale rabusia puszczonego z Wiśnicza […] Zgodnie twierdzi ludność, iż to nie wojsko, ale banda, idąca na rzeź. Wojsko niewyćwiczone, a oficerowie boją się żołnierzy […] Posłuchu nie ma żadnego, do bitwy trzeba ich pędzić jak bydło […]  W czasie przemarszu przez wsie patrole podpalały domy, aby dać wojskom znać, gdzie okolica jest wolna od Austriaków. Idąc od Szczucina Moskale podpalili przykładowo dwie stodoły w Mędrzechowie. Jeden z mieszkańców przedstawił obraz, który utkwił mu w pamięci: „Mąż z widłami lub gracą to przy komorze to przy stajni lub stodole szamoce się z bandą rosyjską o zrabowane rzeczy. Od czasu do czasu widać Moskala z prosięciem na plecach, nóg prosięcia trzyma się kobieta i to wszystko niesie kozak, a zmęczony lub, gdy ujrzał starszego-puszcza wszystko i ucieka w krzaki” […] Gdy tamtejsza ludność skarżyła się komendantowi, ten odpowiadał: „Dziękujcie Bogu, posłaliśmy do Galicyi cośmy mieli najlepszego, a najgorsza hołota nasza poszła na germańca do Prus Wschodnich”.

Artyleryą mieli bardzo nędzną i nigdzie jej nie mogli bezpiecznie ustawić. Ustawili ją na wschód za Gręboszowem, ale ledwo ze 3 dni tam stała, musiała się przenieść pod Siedliszowice, bo im nasi rozbili jedną puszkę. Tutaj, gdy to samo się im stało, przenieśli się do Zawierzbia, gdzie co prawda stali dość długo, ale ledwo paręnaście dali strzałów za Wisłę, bo kule ich doszły aż do Ujścia, odległego o kilometr od ich puszek, i wpadły w ich własne okopy. Kapitan artyleryi, widząc to, dał spokój pukaninie i „puszki” milczały, a gdy śnieg upadł, to je kazał pomalować na kolor biały, i na tem się skończyło.

Podziwiałem naszych chłopaków. Gdy szrapnel wpadł gdzie w ziemię, toć te wisusy, hajże z łopatą, aby skorupę co rychlej wykopać i nic sobie nie robili z tego, że inne tuż obok nich padały…

Mogłem uwierzyć słowom hetmana Czarnieckiego, który Szwedom oblegającym niegdyś Kraków, powiadał, że: „z waszemi armatami nawet się już i małe dzieci oswoiły i wasze kule mi znoszą, abym niemi do was strzelał”. Zawierzbie, prócz rekwizycyj i strachu, nie wiele stosunkowo ucierpiało. Spaliło się tylko ze dwie stodoły, a przy ratunku jednego zapalającego się domu odznaczył się zimną krwią Wawrzyniec Mądry.

Za to Biskupice będą wojnę pamiętać.

W r. 1849, Moskale wracający tędy z Węgier tu się przeprawiali przez Wisłę, po moście łyżwowym, i usypali tu duże szańce, które rozebrano na nowe wały wiślane. Opowiadał mi ś.p. ojciec, że jeden z Moskali, patrząc na nasz piękny kościół, powiadał: „Hej ty kościółku ładnyś, ale ty się kiedyś nie ustoisz…

Biskupice leżą tuż nad Wisłą, która wylewając niegdyś, gdy wałów nie było, użyźniła grunta tutejsze i ludowina gazdowała się nie ostatnio. Moskale nakopali w wale „dekunów” i siedzieli tu jak u P. Boga za piecem, zabierając ludziom, co się tylko dało. Te wały takim nakładem budowane, oddały naszym wrogom, nie ocenione usługi, a zrazu Moskale dziwili się, na co one są takie olbrzymie?

– My im mówili – poczekajta, niech no tylko śniegi zaczną topnieć, to wy się dowiecie, co nasza Wisła umie.

A mówiliśmy to, bośmy widzieli, jak Moskale w paru miejscach porobili w wale przechody za wał, gdzie kępami nocą szli nad samą wodę. Ile razy wychodzili z kwater za wał, to płakali i żegnali się z ludnością, bo zwykle rano ich dużo brakło. Nasze kule, zasypywały ich w okopach, a ludzie ze zgrozą opowiadali, jak sołdaci w powietrze wylatywali razem z ziemią. Na nic się im jednak i wał przydał: dzień 5 maja zrobił kres ich panowaniu w Biskupicach, chociaż i wieś dostała pamiętnie.

Zgorzały domy i stodoły następujących gospodarzy: Janowi Dymon dom, Wacławowi Szkutnikowi dom i stodoła, Wojciechowi Wypych, to samo, dalej spalił się całkiem (tj. dom i budynki), Piotr Gruchała, Franciszek Micek, Józef Gądek, Juda Becker, Agata Curyło, Piotr Zaganiacz, Kazimierz Łacic, Antoni Sobota, Tomasz Dziubaka, Felicja Sobota, Zofia Smoła, Karol Rogoziński, Andrzej Skalak, Jan Bochenek, Maria Moryl, Agata Waleszczyńska, Benjamin Kajner, Justna Płaneta, Jakub Gruchała, Anna Zaganiacz, Łucja Gądek, Teodor Koziara, Jan Szkutnik, Michał Deszcz, Wincenty Gruchała, Bartłomiej Gruchała, Franciszek Świątek, Anna Ząbek, Izaak Połonecki, Filom. Moryl, Karolina sobota, Jan Sobota, Mirla Kajner, Maciej Dybis, Maciej Wytrwał, Józefa Majchrowska, Jacenty Cira, Andrzej Broda, Jan  Pawlina, Fiszel Eder i same domy: Gabriel Gruchała, Marcin Majchrowski, Katarzyna Kulik, Izaak Nejsztut, Ewy Moryl i Franciszek Rogoziński.

Z ludzi tylko kobieta Szatanka z ran pomarła reszta Bogu dzięki żyje i czeka Bożego i ludzkiego zmiłowania, a dziękuje P. Bogu, że lubo żyje pod gołem niebem, to przecież żyje bez Moskali i ich obiecanek słodkich, których nie szczędzili, zwłaszcza nieświadomej ludności. A że tu nie brakło świadomych, toć im zwykle odpowiadano. „A jakże może Moskal dać wolność i prawa dobre, kiedy wam ich dotąd nie dał”. Tu zamykało im gęby i wzdychając ciężko mówili: „Wot żeby Hospod Boh dał już mir, to by było wsio haraszo, my by paszli, do swych rebenków (dzieci), bo mój nawet jeszcze na chreszczony”.

C.d.n. J. Bojko

„Piast” 1915, nr 39.

Ujście Jezuickie

Wieś Ujście Jezuickie leży tuż przy ujściu Bystrego Dunajca do Wisły, naprzeciw Opatowca, leżącego ma wzgórzu, po lewej stronie Wisły. Miła ta wioska, odznaczała się większą inteligencyą mieszkańców, którzy słynęli z dorodnych ludzi i zamożności. Bieluchne domki otaczały śliczne sady, przynoszące nie małe zyski właścicielom, którzy furmaniąc, z przewożonymi tutaj z Królestwa towarami, do Tarnowa, czy Żabna, nie słychali co to bieda i przednówek. W ostatnich czasach p. Menasze Fisch, obrotny izraelita, prowadził na dużą skalę wyrób z wikliny koszykarskiej; Ujszczanie mieli więc całą jesień, zimę i wiosnę niezgorszy zarobek. Fabryka ta prowadziła się w starodawnym murowanym piętrowym śpichlerzu (dziś spalony), w którym niegdyś przechowywała okoliczna szlachta złote zboże, skąd go galarami i szkutami spławiano modrą Wisełką do Gdańska. Widać, że chłopi tutejsi umieli robić galary i szkuty, bo jest dużo rodzin, noszących nazwę „Szkutniki”.

Wieś ta słynie jeszcze i z tego, że tędy przeprawił się w r. 1863 dyktator Langiewicz, wraz ze swym adjutantem w spódnicy, panną Pustowójtow [Henryka Pustowójtówna], a stąd ich odwieziono do Siedliszowic. Mylnie przeto niektórzy pisarze piszą, że fakt ten miał miejsce w Ujściu Solnem.

Dwór, tutaj będący rozparcelowali tutejsi gospodarze między siebie, a trzeba im przyznać, że mieli rozum, bo go kupili z pierwszej ręki od życzliwego pana Kalksteina, i nie czekali, aż im kto z grubym zarobkiem ziemię sprzeda.

Wisła otacza piękną tę wioskę w półkrąg, a wikliny corocznie rozbrzmiewały prześlicznymi głosy słowików, które, jakby najęte, nuciły tutaj swe pieśni.

W ostatnich latach usypano tu olbrzymie wały, które posłużyły Moskalom na okopy, z których, jak sądzili, nie prędko wyjdą.

Oryginalnem było zachowanie się wojsk rosyjskich […] w gminach nadwiślańskich […] Na czele kilkunastu żołnierzy oficer obchodził szereg wsi, położonych tuż nad Wisłą, przyczem wstępował niemal do każdego domu chłopskiego. Gdy ów oficer składał włościanom „wizytę” mołojcy jego oczekiwali na zewnątrz na podwórzu. Wizyta owa miała mniej więcej przebieg następujący: Oficer wchodząc do włościanina chwalił Pana Boga po polsku podawał rękę gospodarzowi i gospodyni a następnie zadawał im takie pytania: Ile krów, świń itd. zrabowały wam wojska austriackie. Podawajcie dokładnie, bo car wszystko to zapłaci. Przyczem notował cyfry, podawane przez wystraszonego chłopa. A następnie pytał: A ile macie jeszcze krów, koni, gęsi, kur itd. I również notował odpowiedź… Oczyszczając chłopską chatę dygnitarz ów znów podawał rękę gospodarzowi i gospodyni i chwalił Boga.

Rosyanie rozlali się po całej spokojnej wiosce i gospodarowali tu, jak wszędzie. Modlili się, wybijali pokłony, a brali, co się dało, bez pardonu. Słusznie powiedział o nich nasz miły śpiewak (którego pieśni: „Lecą liście z drzewa”, któż nie zna?), że „Moskale mają wiarę, ale nie mają nadziei i miłości” i  w ich religii tych wielkich dwóch cnót brakuje dotąd. A jak powiedział wielki apostoł narodów, św. Paweł, że choćby miał taką wiarę, żeby góry z miejsca na miejsce przenosił, choćby dał ciało swe na męki, choćby tak śpiewał, jak sami aniołowie w niebie, a miłościwy nie miał – nic mu nie pomoże, to i Moskalom wiara sama na nic się przyda. Niestety, widzimy, że tej cnoty brak nie tylko Moskalom, ale i nam, noszącym nazwę „katolików”… i klęska wojenna tej miłości nie tylko nas nie nauczyła, ale okruchy jej, jakie w nas były, poszły gdzieś, jak mąka w pewnym młynie na „rozkurz”.

Widać, że mieli surowy nakaz, aby kobietom dać spokój i choć trudno im nie przyznać, że się dość poprawnie u nas znaleźli, to jednak trzeba i to powiedzieć, że widząc tutaj urodziwe i inteligentne kobiety, nie mogli sobie dać rady.

Pewnego dnia przyszło dwóch oficerów do pewnej młodej gosposi, która ma męża na wojnie, i jeden z nich bez ceremonii jej oświadczył, po co do niej przyszedł pod wieczór. Rezolutna Ujszczanka odparła z oburzeniem: „żeś się pan źle wybrał, bo u nas taki, towarem kobiety nie handlują”. A gdy Moskal stał się aż nadto natarczywym, kobieta wydarła się z łapy moskala i uciekła z domu, a on za to powybijał w domu okna i zemścił się na naczyniach kuchennych. Rano poszła na skargę do kapitana, u którego zastała owego „maładca gaficera” i przedstawiła swą żałobę. Kapitan się jej zapytał, czyby tego pana poznała?

– A oto ten pan, co tu siedzi – powiada.

Nie było rady, kazał mu „haziajkę” zaspokoić, a za szyby i niewinne trzopy dał kobiecie coś, ale potem wyszedł za nią i powiada jej:

– Wot ty durna, ja by tiebia za nocleg dał sto rubli!

Jużto trzeba przyznać, że Moskale do płci żeńskiej w tej okolicy nie mieli najmniejszego szczęścia.

Pukanina z okopów od listopada do 2 maja b.r. trwała bez ustanku. Ciągle się słyszało głos „pu, pu”, bo strzał odbijał się o wysoki brzeg pod Opatowcem i chłopi mówili, że to wygląda, jakby pies szczekał: hau, hau!

Kiedy im nie dano rabować, to za to sołdat zastrzelił Stanisława Deszcza, niemowę, młodego i pracowitego młodziana, w jego własnym ogrodzie. Niestety, kule nie oszczędziły i innych. I tak został zabity Michał Haliniak, młody, pracowity i rozumny gospodarz; Jakub Moryl, mój dobry koleżka szkolny; Władysław Kaczmarczyk, Jan Matyas, listonosz i Honorata Kaczmarczykówna.

Nastał wreszcie sądny dzień na Moskali, 2 maja, i trzeba było dobrą pozycję opuścić, której wściekle bronili.

W czasie bitwy zgorzało sporo budynków, a mianowicie: Franciszkowi Mikule stajnia, Teofilowi Szumlas dom, Zofii Szarek wszystko, Podgórskiemu stodoła, Annie Gładysz wszystko, Franciszek Bochenek wszystko, Józefie Boroniec dom, Józef Romański dom, Ciukaj stracił dom, Leon Pawlina stodołę, Paweł Gładysz wszystko, Józefa Świerk stodołę i stajnię, Stanisław Kaczmarczyk wszystko, Jan Wolański wszystko, Walenty Barański wszystko, Szymon Tomasik wszystko, Stanisław Dymon, Barbara Myślińska, Franciszek Skalak, Franciszek Szarwark, Karolina Haliniak wszystko; Andrzej Bochenek stodoła, Franciszek Stalica dom i stodoła, Abram Połonecki dom, Aleksander Kampf dom i Maria Kieca wszystko.

Zboże, sprzęty domowe i rolnicze, koni i bydła 31 sztuk, sady rozkoszne, wszystko poszło i przepadło, ale co Moskal musiał zrobić wynocha z Ujścia, to musiał.

Prócz tego, Moskale rozebrali tu 8 budynków, ukradli 4 konie i 80 sztuk świni, a o kurach i gęsiach, to już szkoda pisać.

Do żydów mieli osobliwsze nabożeństwo. Pocieszali ludzi, że jak Rosya wygra, to z jewrejami zrobi poriadok, ale nasi ludzie mówili: a czemuż Moskal za Wisłą nie zrobił z nimi porządku, ale w miastach jest ich jeszcze więcej niż u nas, i moskale z nimi handlują najwięcej. Przybył do domu gospodarza w Biskupicach sołdat z pozycji i zastał akurat żyda, który tam wstawiał szyby w oknach. Moskal skoczył do ściany, zdjął obraz z ukrzyżowanym Zbawicielem, postawił go na stole – ujął karabin, jak do wystrzału, stanął oko w oko z żydem i pyta:

– Ty jewrej, co ty temu Spasitielowi zrobił, za co go ty ubił?

Żyd się zaląkł, ale powiada:

– Nu, proszę pana, ja Go przecież nie zabił, bo wtedy o mnie jeszcze ani ptaki nie świergotali.

Ja tibia, sukinsynu ubiję, bo żebyś ty go nie ubił, to i jabym nie musiał siedzieć w okopie – i trzyma żydowi lufę przy piersi. Ale gospodarz jął uspokajać Moskala, a żyd czmychnął cichcem do domu.

Sołdat obraz zawiesił na ścianie, pokłonił się mu parę razy, boć u nich wiara we dzwonach, a nabożeństwo w pokłonach, ale cóż, kiedyzawdy palą wodę warzą, i prawdę o nich powiedział kiedyś wielki nasz pisarz, Kraszewski, że „dla Moskali Jezus Chrystus ani się jeszcze nie urodził, ani nie umarł:. („Rachunki roku 1866, str. 27).

Kosa śmierci miała tutaj harówę niemałą, a gęste mogiły będą długo o tem dawały świadectwo. Na placu, gdzie mogła być szkoła, spoczęli jedni, na błoniach i ogrodach drudzy; wszystko dziś śpi snem wiecznym obok siebie i przychodzi mimowolnie na pamięć wiersz Mickiewicza:

„Tam i ci, co zginęli, i ci, co się wdarli,

Pierwszy raz pokój wieczny ze sobą zawarli”…

Mogiły są oznaczone krzyżykami i drutem obstawione. Na krzyżyku jednym po rusku napisano: „Mir prachu twojemu”, na innym: „Budiet im zemla lechta”. W ogródku u chłopa Śliwy jest mogiłka z 24 wojakami. Na niej dziewczęta posadziły kwiaty. O, ludu polski, pamiętaj o tych mogiłach, bez względu, kto w nich spoczywa, bo ci ludzie, ludzie nasi, padli w obronie Ojczyzny i co mieli najdroższego – bo życie, złożyli ochoczo na ołtarzu Ojczyzny. A żołnierz rosyjski, po śmierci, nie jest już wrogiem, trzeba uszanować ziemi kawalątko, gdzie złożony, bo tego wymaga ludzkość, a i na władze nasze surowo nakazały szanować mogiły, bez względu, kto w nich spoczywa.

Szanując mogiły tutaj, mamy nadzieję, że nasi bracia uszanują także mogiły naszych synów, mężów i braci, którzy tam padli, i jak zmówią za ich dusze gorący paciorek, jak my tu nie chwalący się, mówimy za dusze tu poległych.

Dziś w Ujściu spokój, ludność pracuje co sił, nie traci ducha i ma w Bogu nadzieję, że na tej łez dolinie, da Bóg, i to przeminie.

Wracając do domu, po zwiedzeniu tej kochanej wioski, stanąłem przy stojącej za wsią murowanej kapliczce, która też dostała za swoje od kul i westchnąłem do Pana Boga słowy nieodżałowanego pisarza ludowego, Gawlewica:

„Panie! Nam tyle krwi już zmarnowano,

Że nas już straszy, bladość własnych lic,

Tyleż poświęceń na darmo składano?

Za tyle ofiar, nie odbierzem nic?…

Wszakżeśmy żywi złożeni do trumny –

Trupy nie płaczą, o Panie!

A nam już od łez zmokły całuny,

Bo kiedyż, kiedy Twoje pioruny

Zagrzmią na zmartwychwstanie?

………………………………..

Nie daj nas więcej rozciągnąć na murach,

Zatamuj z rany buchającą krew,

Pozwól nim, pozwól wytrwać przy sztandarach

I nowej pracy pobłogosław siew….

A sztandar naszych legionów bohatersko walczących daje nam niezłomną nadzieję, że nasze ofiary dzisiejsze nie pójdą na marne. To nas pociesza.

C.d.n. J. Bojko

„Piast” 1915, nr 40.

Lubiczko, Bieniaszowice, Pałuszyce i Okręg

Jak się nie ma różnić naród od narodu, kiedy nawet mieszkańcy jednej wioski różnią się od drugiej.

Wioska Lubiczko niedaleko jest od Gręboszowa i Ujścia, a tak fizyogomia wsi, jak i ludności, ma już wielkie różnice. Ziemia ta już uboższa i cięższa do uprawy, a ludność? „Niema szczo howoryty”, jak zwykle mówił Chmielnicki.

………………………………………………. [cenzura]

Dworskie grunta w większej części leżą ugorem, i można mieć w ogóle żal do naszych panów obszarników, że tak opuścili własne pielesze, jak te boćki, co się zimy boją. A szkoda, bo choćby i ucierpieli biedy i strachu, jak ci, co zostali na placu, ale mieliby sposobność obserwacyi gości z nad Newy [rzeka w Piotrogrodzie], i mienie ich nie w tym stopniu uległoby zniszczeniu.

Trzeba tu oddać pochwałę zasłużoną naszemu duchowieństwu, które wiernie stanęło na placu i nie opuściło swych owczarń, dzieląc z niemi trudy i ucisk wroga, który chociaż tu i ówdzie był dla księży grzeczny, ale im dał się dużo we znaki.

Lubiczko było dłuższy czas spokojniejsze niż np. Gręboszów i wioski nad Wisłą leżące, ale przyszła i to ta szarańcza i w wielkiej liczbie obsiadła biedną wioskę, niby krucy padlinę. Stąd to robili sołdaci wycieczki do Gręboszowa po drzewo, siano, słomę i „kartoszki”, gdy im w Lubiczku zabrakło. Ludzie zboża, to aż w workach po snopku młócili, bo w stodołach po półrozbitych przez Moskali, stało pełno koni i sołdatów. Lud się ani ruszyć z domu nie mógł, a tylko chodził jak cień koło domów i spoglądał miłosiernie za Dunajec, skąd szrapnele wciąż leciały, bijąc w pozycye Moskali, które z dala od wsi były nawet i armatami uzbrojone.

Tu stała starszyzna, tu zjeżdżał na przegląd jenerał rosyjski stojący w Żelichowie. Witano go muzyką, a goście ich „urra” i „zdrawia żiełajem waszemu prowoditielstwu” słychać było daleko. Ilem razy uchodził do drugiej wioski przed strzałami i słyszałem te ich dzikie okrzyki, to wspomniałem na słowa Krasińskiego, który też zmuszony będąc uchodzić przed Moskalami z kraju, śpiewał:

„Z przodków mych ziemi, przez wroga wygnany,

Deptać musiałem obcych ludzi lasy,

I słyszeć z dala tych szatanów wycia,

Co ziemię moją okuli w kajdany;

Jak Dant przez piekło przeszedłem za życia”.

O! bo te okrzyki, to zdaje się jakoby nie od ludzi, mających pretensye do pewnej cywilizacyi należały, ale do hord dzikich, Tatarów niegdyś. I lubo między nimi było dużo ludzi niezłych i ogładzonych, ale większość ich przeczyła temu.

Jeżeli się atoli weźmie na uwagę tych Moskali, co oni tu wyprawiali przed stu laty z naszymi przodkami, a tymi, co tu byli nad Wisłą, to widać znaczny postęp, i za jakie tysiąc lat, to kto wie, czy się i Moskalom „Pan Jezus nie urodzi” i nie będą z nich ludzie. Bo twierdząc, że te wojska rosyjskie, stojąc w kraju choćby i naszym, gdzie jeszcze stopień cywilizacyjny nie jest taki, jak potrzeba, to jednak oni u nas dużo się nauczyli, jak to sam od nich słyszałem. Kozacy np. dziwili się, jak taki mały gospodarz może mieć tak czysto w domu, takie sprzęty i narzędzia gospodarskie, taką chudobę tłustą (którą gryźli, lubo była z pryszczycą), takie drogi i szkoły, których to rzeczy u nich niema, choć mają tyle a tyle dziesięcin ziemi i lasu „mnoho”. I mówili, że u nich to jest źle, że grunta mają nie na wieczność, ale w dzierżawach, z których władza (włość) może ich wyrzucić bądź kiedy. Wystarczy, gdy jaki „sukinsyn” da włości dobrą „bumagę”. Gdy mir nastanie, musi nam dać car ziemię na wieki, jak tu macie, inaczej to…

Przed stu laty Moskale nie znali nawet słonia i w ogóle o zoologii i astronomii pojęcia nie mieli. Słynny Ambroży Grabowski opowiada w swych arcyciekawych wspomnieniach, że gdy Moskale w r. 1799 szli przez ulicę Grodzką w Krakowie i na aptece Woj. Rucińskiego był wykuty „złoty słoń”, to zwierzchnik kozacki, prowadzący sołdatów, pokazując głupim sołdatom tego słonia mówił: „smotri, wot świniu, czte kołbasu niesiot”. Trąbę słonia wziął „maładiec” za kiełbasę. A dziś, jak się potomkowie tamtych znali na kiełbasach, zwłaszcza gdy je ukradli, myślę, że już poznali, jaka jest różnica między świnią a słoniem.

Wreszcie z pierwszego na drugiego maja zlitował się Pan Bóg i nad biednym Lubiczkiem. Nasza dzielna artylerya rzuciła na pozycye rosyjskie tego dnia z 300 strzałów, a 2 maja, w dzień św. Zygmunta, powitaliśmy z radością nasze patrole, jak się chłopi wyrażali, nie jak ludzi, ale jako lwów, którzy się za naszą pięciomiesięczną krzywdę i ucisk.

„Operacja Gorlicka” na terenie powiatu dąbrowskiego: A – pozycje wyjściowe [2 V]; B [3-4 V]; C [5 V]; D [6 V]; E [10 V]. Opracowano korzystając z mapy zamieszczonej w ÖULK.

Gdy się znużeni wojacy posilali tem, czem ich raczyły gościnnie gospodynie tutejsze, raptem chłopski dają im znać, że dwóch czy więcej Moskali idzie „hań” bez pola i pytają się, ilu jest „awstryjców”. A dodać tu muszę, że Moskale, przychodząc do wsi, szukali przedewszystkim małych dzieci do rozmowy, ujmując ich to groszem, to cukierkami. Żołnierze porzucili jedzenia i sprzątali Moskali od razu. W poniedziałek 3 maja rozpoczęła się u nas bitwa na dobre. Moskale mieli silne okopy przy Gręboszowie na polach, zwanych „Zaogrodzie”, a nasi usadowili się przy jeziorze zwanem „Okule”. I wtedy na naszą wieś spadła grad chrabąszczy stalowo-ołowianych. Lud uszedł do dołów.

4 maja spaliły się zabudowania Macieja Dubiela, M. Karasia, St. Ciepieli i J. Dubiela wraz z dobytkiem jaki był.

Piątego zgorzały zabudowania Jana Misiaszka, Macieja Misiaszka, Ludwika Misiaszka, W. Kowalskiego, F. Podsiadły. W stajni u M. Misiaszka spalił się starzec 80 letni Jan Skowron, już oguchły. Był to pracownik, o jakiego już dziś nie pytać. Służyłem z nim niegdyś u Walerego Gaty, toć mi go serdecznie żal.

6 maja zgorzały budynki W. Bieniasia, Elżbiety Michałowskiej i stajnia S. Wolańskiego. Wszystkich zabudowań przepadło 23, rozebrali moskale 3. Ranną była żona Huczka, która zmarła i Katarzyna Gruchała z Biskupic, zabita. Bydła i koni zostało w Lubiczku zabitych 88 sztuk. Nasi naprawdę wzięli Lubiczko 8 maja, w dzień św. Stanisława. Dwór rozebrany, stodoły też moskale zniszczyli naprawdę. Izraelici tu pozostali, wyszli jako tako po tej pladze

Zaszedł tu wypadek, który warto zanotować. Jeden chłopak, nie wiem o co, pobił starą kobietę na polu, której Moskale posłali lekarza. Na drugi dzień sądzono winowajcę. Gdy dostał 10 nahajek, coś się mu wyrwało, co nie było miłem oficerowi. Powiedział mu rozgniewany, że da go w „Rosyę”. Matka winowajcy prosiła starszyzny, aby go nie brano, bo on na nią pracuje. Zgodził się Moskal, ale mu dostał 15, na 25 nahajek i musiał sześć razy przyrzekać, że więcej staruszek bić nie będzie.

Chłopi drwili z tego, mówiąc: Już nie trza, jak na misyach biorą księża ludzi „chłopi”, a przecież tylko do trzeciego razu się przyrzeka poprawę, a ten go aż do szóstego razu wziął.

Spodziewam się, że mu to dłuższy czas z czupryny wyjść nie powinno.

Wyszli pono raz i na miedzę zaoraną, ale jak rozsądzili – nie wiem.

Krzyż, stojący tu przy wsi, także ucierpiał, mianowicie kula urwała Panu Jezusowi głowę. Gdy pytano jednego Moskala, co to dalej będzie, odrzekł: „Wot Boh znajet, ale On skrył się do siódmego nieba, aby nie patrzeć na to, co się dzieje na ziemi”:.

Mieszkającemu cztery miesiące u sąsiada An. Wielgusa w Gręboszowie pewnego dnia przyniósł chłop z Lubiczka list sołdata po polsku pisany. Ciekawy, czytam i dowiaduję się, że mię prosi żołnierz o audyencyę. Pismo piękne, po polsku. Przedstawia mi się żołnierz jako jest Polak, że jego ojciec był w powstaniu 1864 roku itd.

Odpisałem naturalnie, że może przybyć, jeżeli szrapnele do wsi nie polecą. Przybył i z tajemniczą miną pyta mnie, czybym nie kupił bardzo ważnego dokumentu historycznego, który ma do zbycia. Zobaczę odrzekłem, co to za dokument. Żołnierz odpiął szynel i wydobył długi pakiet, obwiniony w bieluchnę jak śnieg płótno. Odwijam ostrożnie z ciekawością i cóż widzę? Oto pergamin z pieczęcią dużą, wiszącą na kolorowych tasiemkach. Na pergaminie niby był wypisany akt, który niegdyś, 24 marca 1794 r., odczytał dzielny jenerał Wodzicki na rynku w Krakowie wobec kochanego Kościuszki i tysiąca narodu.

– Skąd pan to wziął? – pytam go.

– A tom nabył w Wojniczu – powiada sołdat – chętnie bym to posłał ojcu, ale że to nie wolno, to boję się, aby taka cenne rzecz nie zginęła, a od chłopów wiem, że pan jest miłośnikiem takich pamiątek, to życzę panu, aby ją nabył.

– Wszystko to dobrze, mój panie- rzekłem- ale to nie jest autentyczny dokument. – Ależ, panie, pan się myli, przecież tu wyraźnie pisane: „Działo się w Krakowie dnia 2 marca 1794 r. itd., no i te pieczęcie świadczą”. – Co? Pytam i przyłożyłem lusterko do pieczęci, które dało odczytać napis niemiecki, i pokazało się, że pieczęć wytłoczono denkiem od… sardynek…

Biedny sołdat kręcił głową, alem mu ją tłumaczyć, że nawet nie wiem, czy oryginalny akt tego powstania istnieje, a gdyby istniał, to byłby pewnie nie w Wojniczu, to jedno. A drugie, że byłaby pieczęć z orłem polskim, a nie z sardynkami, a po trzecie, ja znam podpis Kościuszki i wreszcie to jest nie pergamin, ale podobizna, i tasiemki u pieczęci są nowiuteńkie.

To przekonało chłopaka, ale po namyśle powiada: „No, to już widzę, że to pismo nie jest takie, za jakie je miałem, ale na cóż ono mogło służyć i komu?”

Tu dopiero opowiedziałem biednemu studentowi polskiemu w rosyjskim szynelu o owej prześlicznej sztuce dramatycznej pod tytułem: „Kościuszko pod Racławicami”, o której ten ani słyszał, i że w teatrze przedstawiają przysięgę Kościuszki, i taki akt jenerał niby Wodzicki czyta. Taką sztukę grają nie tylko aktorzy w Krakowie i po dużych miastach, ale i po małych, a nawet chłopskie, wiejskie teatrzyki umieją grać tę sztukę znakomicie. Może da Bóg, że jak wojska pobiją wroga i pójdzie precz z Polski, to i w Królestwie poznacie, bracia, tę cudownie patryotyczną sztukę, która was tak narodowo usposobi i do walki z najeźdźcą zapali, jak zapaliła serca nasze i naszych dzieci do walki na śmierć i życie z tymi co tyle lat gnębili.

– Dałby to Bóg- westchnął biedny chłopiec- ależ czy Austryak da radę takiej czerni?

– Mój panie, Bóg jest wielki, a fortuna kołem się toczy.

Bieniaszowice, własność niegdyś Załuskich i Kwileckich, dziś Haberów, częściowo rozparcelowana. We dworze tym niegdyś mieszkał rządca, p. Ćmielowski, żołnierz z r. 1831, człek wielkiego serca dla ludu wiejskiego, znający się na medycynie. Dziś chłop tu obsiedlił się i gospodarzy na szmacie dworskiej niegdyś ziemi. Lud tutaj oszczędny, pracowity i nader giętkiego karku. Ziemię ma bardzo dobrą, naddunajcowy namułek, to też miał się nie ostatnio.

Prócz zwykłej rekwizycyi Rosyan większej klęski nie poniósł, a tylko musiał mieć się na baczności we dnie i w nocy przed brzęczącymi nieustannie chrabąszczykami stalowo ołowianymi. Od szrapneli ruskich spaliły się tylko zabudowania Franciszka Moryla i Śliwy. Coś rozebrano, a wreszcie domy stoją, strojąc się w chorągiewki z radości pewnie, że się nie spaliły. Szczęśliwi ludzie!

Wioski Pałuszyce Okręg przedziela wartki Dunajec na dwie połowy. Także Okręg miał przysmaki, jak i gdzieindziej, jednak, dzięki Bogu, wioska ta nie zniszczone ma domy, z wyjątkiem zabudowań Pawła Brody, Ludwika Cabaja i Salomona Glückmana, które zgorzały.

Okopów pod Bieniaszowicami i w okolicy było moc, ale to się na nic niebożętom zdało, i dziś zrujnowane wały dunajcowe muszą naprawiać. Jak sobie przypomną, jakie tu mieli złote czasy, a dziś nie mają już „kabanów” i kurek na zawołanie, toć musi ich kroić nie mało na  wnątrzu, ale na to rady niema.

C.d.n. J. Bojko

„Piast” 1915, nr 42.

Siedliszowice

Jakże bliziuchno od Bieniaszowic do Siedliszowic, a jednakże co za różnica między jedną a drugą wioską, między mieszkańcami jednej a drugiej wioski! Idąc od Bieniaszowic, tuż przy Siedliszowicach wita przechodnia wysoka mogiła, obrosła śliwiną, na której szczycie św. Floryan wylewa wodę ze slopca, i zda się spoglądać na modry Dunajec i miłe wzgórki zawiślańskie, które się przeglądają w lusterku Wisły. Mogiła ta, to albo pamiątka starych wojen, albo znak drogi plądrującej tu niegdyś hordy Tatarów, a P. Bóg że wie, czy to nie starodawny ołtarz naszych praszczurów-pogan, na szczycie którego palili staremu bóstwu Światowidowi swe pokorne ofiary, prosząc go, aby ich zachował od głodu, moru i wojny?… Tego nikt dziś nie odgadnie. Ś.p. jenerał Załuski rozkopywał ją ze słynnym badaczem Rogawskim, ale nic w niej nie znaleziono. Prześpiegliwy właściciel dzisiejszy miał spory gust ją rozkopać i na cegły przerobić, ale temu wandalizmowi władza wczas zapobiegła.

Dzisiaj wioska ta żyje sobie spokojnie i ledwo młyn p. Wysockiego przerywa jej monotonność, ale niegdyś wrzało tu życie, jak mało kędy. Mieszkali tu bowiem wielcy ludzie, jak Bużyńscy, Dembińscy, Wodziccy, Przerembscy, a wreszcie Józef hr. Załuski, jenerał byłych wojsk polskich. Cóż to wtedy był za ruch, co za życie! – Zjeżdżał tu biskup Michał Wodzicki z całym dworem, a stąd robili wycieczki do lasu Miłocińskiego, który już dziś poszedł w „rozkurz”. Do jenerała trafili tu i kozacy, gdy szli na Węgry i stąd go pojmali do cytadeli w Warszawie, a nie w Jasienicy. Wiem to od ojca i starych ludzi. Był tu niegdyś i browar, gdzie robiono smaczne piwo, była owczarnia, zwierzyniec z miłą zwierzyną, chowało się mnóstwo rządców, ogrodników, lokai i różnych ludzi, dziś stoi pałac, jest piękna alea, przez biskupa Wodzickiego ponoś sadzona, ale zresztą cisza, wszystko gdzieś się podziało! – Co to tu było radości, gdy n.p. przyszedł „dożynek”, a stary „jenerał” wywijał gracko mazura na pysznym podworcu z nadobną przodownicą siedliszowianką! Raz na zawsze to przepadło i już tego Siedliszowice nie będą widziały, co ich ojcowie widzieli.

A były to chłopy nie ułomki i stalnego karku. – Kieliszkiem nie gardzili, co prawda, i w r. 1846 było tu różnie, ale i to prawda, że folwarku sąsiedniego „Okolice” nie dali innej bandzie zabrać rządcy p. Sikorskiego, ale dali mu straż, a pijaną czeredę odpędzili hen ku Otfinowu. Lud tu był przemysłowy, oprócz roli trudnił się już to murarką, już wyrobem cegieł, a gdy była po temu pora, to bywał z niego oryl znakomity. Nie bał się nikogo, był odważny, a w karczemce oddaj się Bogu! Dziś lud żyje trzeźwo i mając nie złą ziemię, pracuje na ojczystym zagonie po bożemu.

Wojna i tu trafiła, kozacy i tu odszukali starą drogę, a lud przygnębiony wypadkami wojennymi, zapomniał na piękne o piosence, co jego ojcowie śpiewali:

„Nie ma ci to nie ma, jak Sielisowianie,

Chłopi jak panowie, ich żony, jak panie”.

Żołnierstwo broiło i tu nie lada, a stary jenerał pewno się przewracał w grobowcu w Gręboszowie, na wieść, że ci goście, z którymi on niegdyś walczył, rozsiedli się w jego pałacu. Rozsiedli się, ale go nie spalili, ani zupełnie nie rozrabowali, jak inne. Szkoda luster weneckich, a szkoda złotego kielicha i innych pamiątkowych rzeczy, których nie miał kto ukryć i nie umiał.

Najboleśniejszą rzeczą było zamordowanie przez sołdata wójta i członka Rady powiatowej, ś.p. Józefa Lisa, zamożnego i pracowitego gospodarza. Nie dozwalał rozbierać stodoły sąsiada i drugi sołdat strzelił doń. Żył zaledwo trzy godziny i oddał Bogu ducha, a 9 lutego b.r. pogrzebaliśmy biedaka z wielkim żalem rodziny i sąsiadów w Gręboszowie. Pogrzeby były ciche, bez dzwonów i wczas rano, bo w dzień było niebezpiecznie. W ogóle Siedliszowiacy chowali się na naszym cmentarzu i nasi księża zaopatrywali ich na drogę wieczności.

Po zabiciu Lisa wszystkim ręce opadły i już tak nie stawiano energicznie oporu Moskalom w rabieży i rozbiórce domów, bo każdy mówił: „milsze mi życie jak wszystko”. Zabiły też kule Wilczyńskiego Franciszka, starego przewoźnika i jego wnuczkę dorosłą. Oficyny i kaplica we dworze zostały zniszczone, że tylko gołe mury zostały. Młyna atoli i oranżeryi nie uszkodzili i to im się pisze na ich plus, bo teraz ten młyn pięknie nam miele, bo żarna albo spalone, albośmy je skasowali niebacznie, a teraz, kto ma żarna, to duży pan.

W ogrodzie w pośród klombów i drzew ciernistych spoczęli zwycięzcy i zwyciężeni, i leżą sobie spokojnie, a szum wiekowych lip zdaje się im przyśpiewywać pieśń miłości i przebaczenia, bo cóż ci ludzie sobie osobiście winni?

I gdy szum lip zdaje się pytać, kiedy ludzkość wynajdzie inny sposób, na załatwienie swych narodowych rachunków, okrom wojny, to szerokolistny kasztan szepcze:

„Iść na wojnę nie grzech przecie,

Gdyby kto kraj nasz plądrował,

Pierwsi byli żydzi w wojnie,

A Bóg im komenderował.

Mówią starzy naszych czasów:

I księża szli gromadami,

I sam Przeor z Częstochowy

Bił się także ze Szwedami.

Jak się widzi, to racya „kasztana” będzie miała górę, póki świat będzie i ludzkość do tego nigdy widać nie dojdzie, aby sobie krwi od czasu do czasu nie upuścić. Zresztą któż wie? Może Duch Święty oświeci narody i wynajdą inny sposób na załatwienie swych narodowo-państwowych zatargów, ale czy Rosyanom Duch święty co pomoże, to wątpię, bo oni z Nim są coś nie bardzo w dobrej komitywie.

C.d.n. Jakub Bojko

„Piast” 1915, nr 43.

Żelichów

Tak  dumając, szedłem ku Żelichowu, oglądnąwszy dwór w okolicach, z którego tylko mury i ruiny zostały.

A w niejednym było dużo pamiątek narodowych które raz na zawsze przepadły i dużo zacnych i dobrych ludzi! …

Przybyłem do Żelichowa. Wieś, jak wieś, ludziska pracowite, uczciwe i starodawną patyną sporo jeszcze przyprószone. Ziemię mają urodzajną, ale ciężką do uprawy i gdy drogi bitej nie mieli, to w ich błotach była istna topiel, a błoto się trzymało uparcie butów, jak wesz kożuszyny. Dwór, ten był niegdyś własnością ś. p. Karola Katarskiego, wielkiego miłośnika i dobrodzieja  ludu, którego niezasłużony a straszny los spotykał, niestety, z rąk tegoż ludu.

Ś. p. mój ojciec znał go osobiście i opowiadał mi, jak to ten pan w czasach głodu kupował bydło stare i chował głodne dzieci chłopskie; jak się to starał i dokonał tego, że Wisłę i Dunajec wałami obwarowano. 

Zwłoki jego leżą w Tarnowie na cmentarzu, pomnik jego opuszczony, sztachety się walą, a skoro rodzina nie bierze się do naprawy, byłoby sprawiedliwą i konieczną rzeczą, aby synowie choć tyle zadośćuczynili za błądzących swych ojców i pomnik tego męża przyprowadzili do należytego stanu. A toby niewiele kosztowało. Syn jego gospodarzył się dobrze, dwór w Żelichowie słynął z prześlicznych zbóż, z pięknego inwentarza, i gdy na wiosnę wyruszyły fornalki i wolarki w pole, a zuchowata czeladź i pogranicze jęli przyśpiewywać, to echo ich głosy niosło hen daleko i odbijało się miło aż o modrą Wisełkę i biały Dunajec.  O! bo fornale Żelichowscy nie dali sobie lada komu w kaszę dmuchać.

Że ziemia tutejsza obficie rodziła i rodzi, świadczy piętrowy spichlerz, który tu wzniesiono.

Patriarchalne stosunki i pracowitą, grzebliwość tutejszej ludzkości, przerwały wojska rosyjskie, które tu przybyły 4 listopada 1914 r., w sile tysiąca koni, a byli to kozacy dońscy pod wodzą pułkownika Grünberga, jeżeli się nie mylę. Jeźdźcy zawołani, konie mieli dobre i z ludnością obchodzili się dość poprawnie, jak na kozaków. Kiedy mi wspominać to słowo : „kozaki’’, to serce się krwią na myśl, jak nieopatrzni byli ci, co Polską rządzili i tak lekko stracili tak potężną siłę, jaką w on czas byli kozacy i jaką są bądź co bądź dla Moskali dzisiaj.

Gorzko synowie za to pokutują, ale to wszystko szkoda wspominać.

Byli to ludzie, których rzemiosłem była wojna; byli to ludzie, którzy żon nie mieli, a jednak ich pułki były zawsze kompletne. Była wtedy w Polsce taka gadka o nich, że kozak do dziewiątego razu, będąc zabity- zmartwychwstaje. To też grzyba „kozakiem’’ nazywamy do dzisiaj, jako że się go wciąż zbiera, a on wciąż nowy wyrasta [Maciejowski].

Gdy jechali galopem po naszych polach, przychyleni do rączego rumaka, to mimowolnie przychodził mi na pamięć wiersz Malczewskiego o kozaku:

„I przez puste bezdroża król pustyni rusza,

A step, koń, kozak, ciemność, jedna dzika dusza’’.

Tylko, że tutaj był nie step pusty, ale nasze kochane równiny, zasiane złotem zbożem, które pod kopytami końskimi, widziało się, że z żalu aż płacze, kropelkami perłowej rosy … Wszelkie prośby, aby jechali drogą, nic nie pomagały; Moskale, ludzie szerokiej natury, chcieli mieć i drogi szerokie.

Śliczne pola w ogrodach Żelichowskich wyglądały niby jedno bajoro i ludzie nic z nich nie zebrali. Dwór, dziś własność p. Salpetra, poszedł na „rozkurz”. W spichlerzu zrobili sobie Moskale „banię”, t.j. łaźnię, bardzo wyśmienitą.-Ukradli w Gręboszowie beczkowóz od sikawki, wartający 100 koron i tu się bractwo czyściło ziemię.

Gdy  kościół nowy, wspaniały  w Otfinowie, poszedł na „rozkurz’’, nabożeństwo  w niedzielę odprawiało się w tutejszej kapliczce, w koło której grzebali Rosyanie swoich zabitych, a i miejscowych ludzi zmarłych paru legło. A ich forszpan żyd, tu spoczął. Boże! jak to wszystko wojna niweluje, jak to po śmierci godzi wszystkich, bez względu na narodowość i wyzwanie. Dlaczego do tego aż wojny, aż śmierci trzeba czemu w czasie pokoju tego nie zrobimy? Podpułkownik ułanów Olwiopolskich Aleksander Pawłowicz, „ubit pod Bieniuszowicami 8-go Marta, leży na czele, za nim „kozak Epifanowicz Zołotokow pakostsia’’, a dalej „prach gieroja Kozetowa, kozaka duńskiego 11 połka który 13 aprila położył żytie za miru i caria”. Boże! Kto im wiarę odbierał? Tak niegdyś oczajdusza Chmielnicki, durne choć mężne swe roty zagrzewał do walki, dziś i Moskale myślą i swoim niewolnikom kładą w uszy, że się biją za wiarę. Żydów wywieźli ze wsi  do Dąbrowy, z ludźmi obeszli się jeszcze względnie.

Ale mimo, że tu im było bardzo jedwabnie i kule nasze do nich nie szły całą zimę i kwiecień, to w maju odmieniła się babce nuta i 2 maja b. r. wykurzyły ich kule i pożar Żelichowa. 37 gospodarstw poszło na „rozkusz’’, a mianowicie spaleni: Rajca Tomasz, Wdowiak Fr., Helena Dymon, Wawrz. Dudek, Tom. Dudek, Kopyto Józefa, Zofia Stalna, Tom. Trzpit, St. Wołek, Woj. Boduch, Seb. Kowal, Franc. Dymon, Kat. Misiaszek, Woj. Dudek młod., Halama Tom., And. Mosio, H. Zinger, Paweł Boduch, Jan Skowron, Jan Łoś, Jan Dudek starszy: ci spaleni w całości, z budynkami i sprzętami domowymi i gospodarczymi . –Zaś: Tom. Zaród, Brożek Antonina, Ciukaj Paweł, Mosio St., Falarski J., Kowal Karolina, Misiaszek Błażej i Zofia Dudek, mają spalone albo dom, albo stodołę. Prócz tego rozebrano parę domów i stodół. Poszło z dymem sporo świń i bydła, kule Bogu dzięki z ludzi raniło tylko Adama Tryta, który się wylizał z biedy, i żonę  jego Zofię.

  1. d. n. Jakób Bojko.

„Piast” 1915, nr 44.

Z Żelichowa do Kłyża

Powiedziałem wyżej, że u Rosyan to jest szeroka natura. Tak, nie tylko szeroka, ale i uparta do nieskończoność. Jak się mu coś uburda, to bądźcie zdrowi, trudno mu to ze łba wybić.  Na dowód tego warto przytoczyć co historycy napisali o słynnym za czasów carycy Katarzyny, Pugaczewie, który zebrał wielką liczbę różnej zbieraniny i jak rewolucyę przeciw rządom Katarzyny. Nie brakowało tam i Polaków. Pugaczew był niepiśmienny i jako prawowierny Moskal, lubił się często upić dubletowo, a wtedy różności mu do łba przychodziły.

Razu pewnego nakreślił jakichś kulasów na papierze, które nie miały żadnego znaczenia, ot, jak małe dziecko, gdy się dorwie pióra i papieru, i, zawoławszy swego oficera, kazał mu te kulasy odczytać.  Oficer wybałuszył oczy, ale ani rusz, nie mógł oczywiście tego przeczytać. Pijany Pugaczew kazał mu zaraz głowę uciąć, że jest takim nieukiem, co „carskiej gramoty” (pisma) przeczytać nie umie.

Spotkało to kilku innych, nareszcie napotuchnył się jakiś biedny polski szlachcie i jemu Pugaczew kazał ,,gramotę” swą czytać. Zadrżał na to poczciwie więc, bo widział, jak świeżo ucięte głowy łypały jeszcze oczyma, ale wziął się w lot na sposób i powiada: „Najjaśniejszy Panie! Tyś jest Pan nad pany, i car nad cary, a my, ot co, proste mużyki. Żeby twą gramotę odczytać, toby trzeba takiego samego cara jak ty, ale nie nas, durnych sałdatów. Ty przecież musisz wiedzieć o tem, że w niebie, jak co napisze Bóg Ojciec, to tego nikt nie przeczyta, aż Syn Boży”.  To trafiło do przekonania Pugaczewowi i pochwaliwszy Polaka, dał spokój krwawemu figlowi.

O! bądźmy przekonani, że byłyby i u nas różne niewesołe ich figle, gdyby mieli wódkę. Bogu dzięki, że im zakazano surowo wódki, bo było by przeszło nieraz do różnych niewesołych kawałków. Brak tej „boskiej obrazy” odczuwali oni nie mało i z żalem wspominali wojnę z „Japońcami, co wódki było dawolno”.

Rosyanie, ludzie z zimnego klimatu, piją wódki wiele, a nawet dawni ich carowie prym w tym zwykle wodzili. U Piotrka Wielkiego wódka była na porządku dziennym a naczynie do picia, był to duży kielich w kształcie dwugłowego orła.

Pewnego razu Piotr Wielki wydał straży rozkaz, aby do jego zamku w Kronsztadzie, gdzie mieszkał, nikogo nie wpuszczano.  Jego serdeczny przyjaciel Menżykow szedł właśnie do cara. Żołnierz znał go dobrze, ale zaprezentowawszy broń, zatamował mu drogę, do drzwi, a gdy tamten chciał gwałtem wejść, to soldat kolbą odtrącił go, i musiał jak niepyszny do swego pałacu wrócić. Sprawa ta doszła do cara a Menżykow, rozjuszony, prosił, aby zuchwałego sołdata srodze car ukarał.

– Czy znasz tego dostojnego pana, – pyta car sołdata.

– Tak, Wasze Wieliczestwo!

– No, a dlaczegoż tak się na niego zamierzyłeś karabinem?

– Bo Jego Przewoschodność, chciał mimo rozkazu wejść do komnaty. Waszego Wieliczestwa.

– Haraszo!

Piotr zadzwonił i kazał przynieść gąsior wódki, nalał w szklankę i powiada:

– Menżyków! pij zdrowie tego „małdca”, którego mianuję podoficerem.

Nie było rady, faworyt cara musiał wódkę wypić.

– Jeszcze jedną szklankę Menżykow! za zdrowie tego samego podoficera, którego mianuje praporszczykiem!

Menżyków zrobił kwaśną minę, ale wypić musiał, bo jużcić za carem Piotrem nie było żartów, i myślał dumny dworu, że na tem będzie koniec.

Ale nielitościwy imperator nalał trzecią szklanicę po same dziuby szklanego orła i powiada:

– No Menżyków! Trzecią szklanicę za pomyślność praporszczyka, a obecnie kapitana!

Zamrużył oczy, pół pijany już Menżyków i pochwyciwszy szklanicę o dwóch orlich dziobach, spełnić ją biedaczysko musiał.

– A teraz – krzyknął Piotr – idź, ubierz go w mundur kapitański i za trzy dni przedstaw mi go w paradzie. A pamiętaj, jeżeli kiedy ośmielisz się naprzykrzać człowiekowi, pełniącemu służbę, to ta laska dębowa (dubina) nauczy cię rozumu!

Ten, co to opisał, dodaje, że Menżyków długo utykał, zanim klamkę od drzwi namacał.

Taka była natura rosyjskich ludzi i taka jest dotąd u nich, to też nic dziwnego, że tu i ówdzie wyprawiali różne historie z ludźmi, a szczególniej ci kozacy, którzy najpierw wkroczyli do Galicyi, która mówiąc nawiasem, bardzo im przypadła do gustu. Naszem ślicznem nadwiślańskiem bydełkiem, darmo, albo za psie grosze wytoczyli sobie boki, ale i to prawda, że tu byli dużo grzeczniejsi, niż w innych powiatach. Dlaczego? – trudno na to odpowiedzieć. Przynajmniej nie słyszałem o gwałceniu kobiet, jak to miało miejsce gdzieindziej, a to, co robili z nami, krótko ich starszyzna tłumaczyła: „Da wojna, da wojna, sztoż diełat”?

Ludowina zwozi powoli drzewo do Żelichowa, czem się p. starosta gorliwie zajął i stawia się, jak może; oby tylko c.k. Rząd dał dla naszego powiatu więcej groszy na to.

Jakób Bojko

„Piast” 1915, nr 46.

 

Uzupełnieniem „Sprawozdania” J. Bojki jest krótki artykuł Jana Gątkiewicza- kierownika szkoły w Czarnym Dunajcu

Gręboszów dawniejszy a dzisiejszy

W drugiej połowie sierpnia tego roku [1915 – przyp. KS] odwiedziłem Gręboszów, siedzibę posła p. Bojki, a moja dawną posadę nauczycielską, na której spędziłem najprzyjemniej dziewięć lat w ciągu mej 28-mio letniej służby nauczycielskiej. Nie zapomnę nigdy tego przyjacielskiego stosunku, jaki panował tam między szkołą a wsią, tej opieki, jakiej tam doznawała. Szkoła a nadewszystko imponuje mi dziś to regularne wysyłanie dzieci do szkoły, jakie było za moich czasów.

Przy wjeździe do Gręboszowa, wpada każdemu w oczy wspaniały, granitowy słup na wysokim kopcu, usypanym na pamiątkę 500-letniej rocznicy zwycięstwa grunwaldzkiego. Pomnik ten jest nie tylko ozdobą Gręboszowa, ale i świadectwem świadomości narodowej i patryotyzmu ludności parafii gręboszowskiej.

Za mojego pobytu tam, przed dziesięciu laty, leżał Gręboszów nad bagnem t. zw. Kobylcem, nad którego oba brzegami stały schludne budynki mieszkalne i gospodarskie. Był to rażący zanadto kontrast czystości z brudotą. W zimie zamarzał Kobylec i trzeba było nie mało naupominać dzieci, by idąc ze szkoły nawet  na niego nie patrzyły. Który popatrzył, nie oparł się pokosie, aby choć raz nie ślizgnąc się, a za jednym szli inni. Toż nieraz od Kobylca dochodziły nawet do szkoły krzyki, śmiechy i płacze ślizgających się bachorów.

Za to z wiosną, w lecie i jesieni rozlegało się miłe kumkanie żab rozmaitego gatunku, w różnych tonach. Z tego kumkania wróżyli sobie gospodarze o pogodzie, czy deszczu i, co prawda, rzadko się mylili.

W czasie posuchy Kobylec, wysychał miejscami całkiem, miejscami mniej, tworząc wyspy i wysepki, a znów w mokre lata podnosiła się woda niemal do gościńca, zalewając wyspy. Kobylec, to bagno śmierdzące, niezdrowe, zanieczyszczał powietrze całej okolicy, a Gręboszów szpecił bardzo.

Toż zdziwiłem się nie mało, gdy wjeżdżam do Gręboszowa i nie mogę ujrzeć tego bagna. Ta deszcz od kilku dni ciągle pada, Kobylec powinien być wezbrany, a tu z niego ani śladu dzisiaj. Dawniej prowadził przez Gręboszów jeden gościniec z Dąbrowy do granicy, do Ujścia Jezuickiego, innych gościńców nie było. Toż z wiosną, czy, jesienią ludzie brnęli po kostki w błocie, wozy po osie. Oj! ciężko mi było iść, czy jechać na lekcye do dworu w Lubiczku, z jednej strony Gręboszowa położonego, czy do kara, z drugiej strony. Konie dobrze musiały się natężyć, by wywieżć furę nawozu, czy zwieźć plony do stodół.

Dziś z Gręboszwa rozchodzą się, niby ze stolicy jakiej, gościńce do Lubiczka, do Kars do Hubenic, do Zawierzbia, a nawet kawałek osobnej drogi, ciągnącej się wzdłuż Kobylca między domami, który prawie niemożliwy był w czasie pory deszczowej do przebycia, zniknął, a zastąpił go gościniec.

Ten kopiec, te gościńce, to osuszone bagnisko, to dzieło posła p. Bojki. On je swoim wpływem, swoją energią wykonał. Gdyby nie Bojko, to Gręboszów ani za tysiąc lat nie pozbyłoby się Kobylca, ani za sto lat nie dawałby tych gościńców. Tóż jeżeli wszyscy chłopi polscy, jeżeli cały powiat dąbrowski są dla p. Bojki pełni wdzięczności i szacunku, to cóż dopiero mówić o Gręboszowianach? A mają go za co czcić i kochać może jedną z najpiękniejszych wsi w Polsce. Powiadam – byłby –  bo dziś go nie ma.

Nad tym Kobylcem osuszonych, nad tymi gościńcami lezą dziś kupy węgli, niedopalonego drzewa, rosną osmolone i zaczerniałe wierzby, na których ani wróbel nie zaćwierka, a po podwórzach, czarnych, jakby w węgla były, snują się wyblakłe postacie ludzkie. Miejscami stoją domki, mniej więcej do bud podobne, miejscami ani do nich niepodobne, a miejscami leży kiedyś słoma, na której śpi rodzina w nocy i parę łachmanów, które służą za przykrycie dla niej. Z całego Gręboszowa zostało tylko parę domów. Szkoła zniszczona, kościół od kul podziurawiony, jak sito, bez dachu, bez dzwonów, figury przy kościele bez głów, bez rąk.

Widok taki bolesny i straszny, że kto to ujrzy, od łez się nie wstrzyma.

Poszedłem do jednego, bardzo za moich czasów bogatego gospodarza, Misiaszka Macieja. Dziś on dziad, wszystko mu wojna zniszczyła, leżał na słomie pod daszkiem słomianym.

Toż nic dziwnego, że w Gręboszowie i okolicy smutek, ni uśmiech ujrzysz na twarzach; toż nic dziwnego, że stary i kochany nasz Kuba, który swój Gręboszów chciał zrobić wzorową wsią dla kraju pod względem zabudowań, czystości i porządków,  chodzi wśród tych ruin i zgliszcz, smutny i przygnębiony i ciągle mi gada;- Ja umrę wnet, ja nie przeniosę śmierci syna i nieszczęścia, jakie padło na mój Gręboszów, na moje tyloletnie zabiegi.

-Wiesz co, Kubuś, za synem nie rozpaczaj, bo takich nieszczęśliwymi dziś dużo. Przypomnij sobie, co mówił p. N., który jedynaka stracił na wojnie. Słów jego to nie powtórzę,

Powiedz sobie tak samo.

Dla Gręboszowa zrobiłeś przed wojną rzeczy wprost nadzwyczajne, te i dziś przy pomocy Boskiej, potem Twojej i dobrych ludzi, i rządy, i przy wielkiej energii, którą u Gręboszowian zauważyłem, wieś się dźwiganie i będzie jeszcze ładniejszą.

O śmierci nie myśli, bo dopiero teraz potrzeba Polsce i chłopom takich, jak Ty, Kubuś, ludzi. I powiem szczerze, jeżeli nie rozperswadujesz sobie tego nieszczęścia, co Cię spotkało, to popełnisz ciężki grzech i wobec Polski, którą tak ukochałeś, a dla której dziś tyle zrobić będziesz mógł i względem chłopów, za których uświadamianie tyle wycierpiałeś, na co lat dziewięć własnymi patrzyłem oczyma [chodzi tu o śmierć syna J. Bojki na wojnie – przyp. KS].

I Ty Kochany Kubuś, i my wszyscy musimy otrząść się z tego nieszczęścia, które się na nas zwaliło, i powiedzieć sobie: dźwignąć się musimy!

Jan Gątkiewicz

„Piast” 1915, nr 45.

Po przejściu frontu – cmentarze wojenne

Uzupełniając należy wspomnieć, że po przemarszach wojsk i toczonych walkach pozostały rozrzucone na przestrzeni całej parafii Gręboszów groby żołnierzy obu armii, które należało przenieść na tworzone w tym celu cmentarze wojenne. Płytkie pochówki groziły bowiem zakażeniem cieków wodnych i wybuchem epidemii tyfusu, cholery i innych chorób zakaźnych – żywa była jeszcze wówczas pamięć o epidemiach z końca XIX wieku. Kiedy więc front przesunął się na wschód, a wraz z nim Komendy Etapów, wszelkie sprawy grobownictwa wojskowego podporządkowano na interesującym nas obszarze Dowództwu Okręgu Wojskowego w Krakowie. To właśnie ten organ miał uporządkować pobojowiska i zapobiec epidemii. Na omawianym terenie sprawa była tym bardziej pilna, że wojska rosyjskie zostawiały swoje pozycje w tak straszliwy sposób zanieczyszczone, że wydano nawet specjalny rozkaz nakazujący ich natychmiastowe zasypywanie. W dn. 3 listopada 1915 roku w wiedeńskim Ministerstwie Wojny utworzony został pod numerem IX, posiadający szerokie uprawnienia Wydział Grobów Wojennych [niem. IX Kriegsgräber Abteilung], działający z niewielkimi zmianami organizacyjnymi do 1919 roku. Jego zadaniem było ewidencjonowanie poległych, ekshumowanie i komasowanie zwłok na wybranych miejscach, a także projektowanie, budowa i dekoracja cmentarzy wojennych [K. Struziak, Szczucińskie drogi do wolności, w druku]..

Wraz z powstaniem Kriegsgräberabteilung Nr V Krakau, utworzono, pokrywające się mniej więcej obszarowo z sekcjami oczyszczania okręgi cmentarne, z których najmniejszy Okręg Cmentarny Dąbrowa  (do 1918 r. nosił nazwę „Żabno” – Abteilung VII Żabno), obejmował 15 miejsc pochówków, w tym w Gea)boszowie i Ujćiu Jezuickim. Jego komendantami byli kolejno: oberlejtnant Josef Pruchnik (2 II – 16 XII 1916 r.), leutnant Stanisław Ziołowski (17 XII 1916 – 14 VI 1917 r.) oraz oberleutnant Johann Watzal (14 VI – 30 XI 1917 r.) [Tamże].

W pierwszym okresie, przeprowadzono ewidencję grobów z podziałem na obszary działania posterunków żandarmerii w Gręboszowie i Borusowej oraz przygotowano mapki i listy grobów, wraz z dostępnymi informacjami. Z kolei grupy porządkowania pobojowisk przeprowadzały ekshumacje z miejsc pochowania, dokonując równocześnie identyfikacji na podstawie dokumentów,  znaczków ewidencyjnych, mundurów, meldunków, spisów z ksiąg  gminnych i parafialnych. Ekshumacje przeprowadzały komanda złożone z Rosjan, a także Żydów, którzy  odmawiali służby na froncie. Tworzono pola grobowe  kopiąc mogiły pojedyncze i zbiorowe, do których przenoszono szczątki poległych według przynależności do poszczególnych armii.

Groby przeznaczone do ekshumacji po przejściu frontu na terenie działania posterunku żandarmerii w Gręboszowie, ANKr, Wojskowy Urząd Opieki nad Grobami Wojennymi Okręgu Nr V, sygn. GW 37].

Ukończenie prac organizacyjnych nastąpiło dopiero z końcem kwietnia 1916 r., kiedy wydano, a następnie rozesłano 5 VI 1916 r. przez IX Wydział Grobów Wojennych Ministerstwa Wojny (K.u.k. Kriegsministerium 9./KGr.Abt. zu 4241/16) ustalenia dotyczące urządzenia, utrzymania, wystroju i ewidencji grobów żołnierskich.

Szkic montażowy urządzeń cmentarza w Gręboszowie

W porównaniu do wstępnych ustaleń, zaszły w nich spore zmiany, m.in. określono ryczałt kosztów pochówku „w wysokości 10 koron na każdego żołnierza pochowanego na obszarze podległym danej Komendanturze” [Tamże]. Obejmowały one przygotowanie miejsca spoczynku dla poległego wraz z kosztami pogrzebu (bez wydatków na zdobienia grobu).

Podsumowując należy stwierdzić, że przyjęte przepisy określiły precyzyjnie całość działań grobownictwa wojskowego w armii austro-węgierskiej i umożliwiły odpowiednie przydzielanie zadań dla jednostek wojskowych zajmujących się pracą przy grobach żołnierskich [Plany i zdjęcia cmentarzy, zob. Aneks 1].

Na cmentarzu w Gręboszowie znajdują się przy bramie dwa groby zbiorowe Legionistów. Pochowani są tutaj, pierwszy z poległych oficerów L.P., por. leg. Stanisław Krynicki ps. Tymkowicz oraz Janusz Bernatowicz ps. Boremeusz. Obaj złożeni do grobu w trumnach, podczas gdy pozostali chowani byli wprost do ziemi: Tadeusz Grabieński, Marian Hillenbrand, Jaskulski, Aleksander Krelusiak, Wincenty Kulpa, Edmund Laskarini de Colonna, Stanisław Lorenc, Zenon Malinka, Walenty Niemczyk, Marian Nowak, Adam Pawłowski, Pieczyński, Stanisław Rokosz, Aleksander Sygryc, Henryk Wiszor oraz dwaj inni ulani, których nazwiska pozostają nieznane.

Po zakończeniu walk pod Nowym Korczynem w dn. 25 IX odbył się uroczysty pogrzeb 11 poległych, przy licznym udziale miejscowej ludności.

Biedni byli ci pierwsi nasi polegli; leżeli w swych zabłoconych butach i mundurach, pokrwawieni, bez trumien, na swoich i bratnich karabinach jeno, w szeregu, nakryci również zabłoconymi płaszczami. Czekały na nich doły wykopane w gliniastej ziemi, rozmokłej w następstwie ostatnich ciągłych deszczów […] Widok poległych, niedawnych naszych towarzyszy broni, zabłoconych i zakrwawionych teraz, chowanych bez trumien, zrobił przygnębiające i przykre wrażenie na uczestnikach pogrzebu. Do grobów przenosili ich właśnie koledzy z ich kompanii (z I baonu), biorąc w sześciu na trzy karabiny każde zwłoki, i składali je do przygotowanych grobów – wspominał Olszyna-Wilczyński [J.K., Olszyna –Wilczyński,Zapiski historyczne (1912–1914), Warszawa 2014].

Aneks 1.

Pierwsze plany cmentarzy w Gręboszowie i Ujściu Jezuickim

 

Cmentarz wojenny w Ujściu Jezuickim w 1917 r.

Aneks 2.

Krakowski tygodnik „Piast”, którego pierwszy numer ukazał się ok. 10 grudnia 1913 r. stał się, i to na wiele lat, jednym z najważniejszych wydawnictw periodycznych ruchu ludowego. Zebranie założycielskie Ludowego Towarzystwa Wydawniczego, bo taką nazwę przybrała instytucja, odbyło się 4 grudnia. Na zebraniu tym desygnowano Jakuba Bojkę na stanowisko redaktora naczelnego oraz ostatecznie ustalono tytuł pisma.

Jednym z istotnych czynników, które wpłynęły na rozwój pisma, było przerwanie wydawania z początkiem I wojny światowej „Przyjaciela Ludu”. Bez najgroźniejszego konkurenta, mimo oddzielenia linią frontu od znacznych ilości zwolenników, „Piast” mógł swobodnie wejść na teren wsi zachodnio-galicyjskiej., Sprzyjała temu także zręczna polityka redakcji. Zygmunt hr. Lasocki, który posiadał rozległe stosunki w centralnych urzędach Monarchii, zdołał zapewnić „Piastowi” systematyczne otrzymywanie urzędowej listy zabitych, rannych i zaginionych. Pozostawało wyselekcjonować z niej Polaków, czym zajęła się żona J. Rączkowskiego, i powstała stała rubryka w piśmie. W niektórych numerach obejmowała ona 4 do 5 kolumn, a więc zależnie od aktualnej objętości 1/4 lub 1/5, całego pisma. Tą samą drogą uzyskano łączność z obozami jenieckimi w Rosji i podawano informacje o miejscach pobytu jeńców-Polaków. Za tymi inicjatywami poszło wiele posunięć redakcji, które spowodowały, że popularność pisma zaczęła się utrwalać. Rozbudowano dział informacyjny, poświęcając go niemal w całości przebiegowi działań wojennych, obficie drukowano listy od czytelników, a skromny początkowo dział „Odpowiedzi redakcji” zmienił się w prawdziwy poradnik prawniczy. Wydzielono specjalny fundusz na „jednanie czytelników”. Dla całorocznych prenumeratorów przeznaczono do wylosowania premie. Rozpoczęto na szerszą skalę wydawanie różnego rodzaju broszur popularnych (np. śpiewniki żołnierskie) i kalendarza. Uzyskano też poparcie kilku luminarzy polskiej kultury, co miało wywrzeć dodatni wpływ na werbowanie nowych czytelników; w lutym 1915 r. „Piast” z satysfakcją ogłosił, że prenumeratę opłacili m. in. Henryk Sienkiewicz i Szymon Askenazy. Od lutego 1915 r. „Piast” został zaopatrzony w podtytuł „Naczelny Organ Polskiego Stronnictwa Ludowego”. Równocześnie redaktorem firmującym, z uwagi na przedłużającą się nieobecność w Krakowie Bojki, został mianowany J. Rączkowski.

Zob. A. Paczkowski, Tygodnik „Piast” (1913-1939). Organizacja i finanse : cz. I, „Rocznik Historii Czasopiśmiennictwa Polskiego” 1968. nr 7/1.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

dr Krzysztof Struziak

Przeczytaj: „DĄBROWA STARSZA NIŻ SĄDZONO”


Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami Internautów. Administrator portalu nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.
Jeżeli którykolwiek z komentarzy łamie regulamin - zawiadom nas o tym (elstertv@gmail.com).

Komentarze

  1. 14 października 2019 o 17:17
    Ula :
    Dzisiaj zmarł Pan Krzysztof Struziak,dr historii,pasjonat historii i nauczyciel.Pokój Jego Duszy.
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +5 (w sumie : 5)
  2. 14 października 2019 o 19:29
    Smutny :
    śp. doktor Krzysztof Struziak
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +5 (w sumie : 5)
  3. 15 października 2019 o 13:32
    Anonim :
    Z ogromnym żalem zawiadamiamy, że autor tej publikacji dr Krzysztof Struziak zmarł 14 pazdziernika br. Pozostawił po sobie wiele historycznych opracowań , które dają nam duża wiedzę o naszej Małej Ojczyżnie . Spoczywaj w pokoju.
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +7 (w sumie : 7)
  4. 15 października 2019 o 13:41
    * :
    Spoczywaj w pokoju WIELKI PASJONACIE HISTORII
    VA:F [1.9.20_1166]
    Ocena: +5 (w sumie : 5)

Skomentuj (komentując akceptujesz regulamin)